Banda szaleńców na grani Karkonoszy. ZUK ekstremalny, choć bardzo skrócony. Hattrick Michała Rajcy i Katarzyny Solińskiej


Opublikowane w sob., 09/03/2019 - 18:44

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do podjętej w sobotę wieczorem decyzji organizatorów o drastycznym skróceniu trasy VI Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego, dziś podczas zawodów musiał je stracić. Była jak najbardziej rozsądna, jedynie słuszna wobec ekstremalnie trudnych, niebezpiecznych wręcz warunków, które biegacze spotkali na karkonoskiej grani. A każdy narzucony dodatkowo element wyposażenia (raki/buty z kolcami, drugie ciepła bluza i rękawiczki) był całkowicie uzasadniony i przydatny.

Armageddon w Karkonoszach! Sobotni ZUK skrócony o ponad połowę. Meta w Odrodzeniu

Ten bieg właściwie nie miał sensu. Bo biegania wiele w nim nie było. Mocno wiało już na starcie na Polanie Jakuszyckiej.

Najpierw półtora kilometra kopania się w śniegowej kaszy po kostki, potem ponad 4 kilometry „single tracka” (wąskiej ścieżki na jedną osobę) przy wodospadzie Kamieńczyk, gdzie nie było szans na wyprzedzanie: w jakiej kolejności biegacze rozpoczęli odcinek, w tej (z  minimalnymi zmianami) go skończyli. Kto próbował minąć osobę przed sobą – zapadał się po kolana. Wreszcie szutrowy odcinek, na którym można było przez chwile się pościgać, a po nim podejście do Hali Szrenickiej. I tam, od 10 kilometra trasy, się zaczęło…

Ostatnie kilkaset metrów przed Halą Szrenicką było przedsmakiem tego, co uczestników czekało przez kolejne kilometry, do samej mety. Coraz mocniej wiało, pojawiła się gęsta mgła, zaczęło padać.

Gorąca herbata rozgrzała tylko na chwilę. Na podejściu od schroniska wiało już sakramencko. Zaczął się prawdziwy armagedon. Wicher (bo nie był to zwykły wiatr) dął z prawej strony, atakował twarz bolesnymi uderzeniami gradowych kulek.

Bartłomiej Przedwojewski przyjechał z Wrocławia, gdzie mieszka, na trening (nie myślał o starcie w ZUK, bo planowane 54 km to dla niego w tej chwili za dużo). Triumfator finału Golden Trail Series 2018 i wicemistrz Runek Run na ubiegłorocznym Festiwalu Biegowym w Krynicy, wybiegł z miejsca startu w Jakuszycach kilka minut przed uczestnikami zawodów z zamiarem przebiegnięcia skróconej trasy. Gdy ruszył w górę od Hali Szrenickiej, szybko podjął jedynie słuszną decyzję: wracam! Trening w takich warunkach nie ma żadnego sensu, ani wartości.

Wielu biegaczy poważnie zastanawiało się nad taką samą decyzją. No, ale to zawody, a rezygnacja z kontynuowania rywalizacji to coś, czego biegacz nie znosi ponad wszystko. Bez względu na to, co się dzieje. 

Prędkość wichru dochodziła chyba do 100 km/h. Biegacze wyglądali jak pijani: przedzierali się przez trasę wężykiem (właściwie wielkim wężem) walcząc z huraganem spychającym ich z trasy. Z pochyloną głową i wzrokiem utkwionym w czubkach butach łatwo było się zgubić, bo widoczność, ograniczona do minimum, spadała często do kilku metrów.

I tak bez chwili przerwy przez 12 kilometrów od Hali Szrenickiej do mety w Schronisku PTTK Odrodzenie. Ten opis pasuje do praktycznie całego odcinka karkonoskiej grani, po którym prowadziła skrócona trasa ZUK.

Bez ryzyka jakiejkolwiek przesady można powiedzieć, że blisko 360 biegaczy (prawie 30 osób zeszło lub zostało zdjętych z trasy już na 10 km, na punkcie na Hali Szrenickiej), plączących się w sobotnie przedpołudnie na karkonoskiej grani, to banda szaleńców.

Nikt o zdrowych zmysłach w tych warunkach nie wyszedłby w góry. Poza uczestnikami na grani byli tylko sędziowie, pomagający biegaczom w utrzymaniu orientacji i wyborze właściwego kierunku oraz kilkoro fotografów.

Jak oni wytrzymali w tych warunkach stojąc godzinami niemal bez ruchu – Bóg jeden raczy wiedzieć. Ale należy im się za to największy szacunek i podziękowania.

Na koniec – słów kilka o wynikach sportowych, bo były to jednak zawody i mimo koszmarnych warunków i niewielkiej możliwości biegania, toczyła się rywalizacja o zwycięstwo.


Polecamy również:


Podziel się: