Górski Bieg Frassatiego - idealna impreza rodzinna [ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 17/06/2019 - 08:37

Zaproszenie na Górski Bieg Frassatiego w Międzybrodziu Bialskim w Beskidzie Małym wyskoczyło mi mimochodem na facebooku już kilka miesięcy temu.

Od początku reklamował się jako impreza rodzinna. Zachęciło mnie to niezmiernie, bo praktycznie co weekend wyjeżdżam z domu na jakieś bieganie, odkąd złapałam bakcyla gór, do których z Warszawy jednakowoż nieco daleko, jedno-, maksymalnie dwudniowe wypady zamieniły się w pełne trzy dni i w każdy piątek już słyszę od moich pędraczków „Maaamo, znów wyjeżdżasz na to biegaaanie…”. Pomyślałam, że to będzie dobra opcja, by towarzystwo tym razem zabrać ze sobą.

Dystans 22 km, więc przynajmniej Wyrozumiały Małżonek nie będzie calutki dzień robił za baby-sittera, czerwcowa, a więc zapewne ciepła sobota, w planach imprezy piknik rodzinny nad jeziorem, koncert nie byle kogo, bo zespołu Carrantuohill… To się może udać. I udało się fantastycznie!

Relacja Magdaleny Wilk, Ambasadorki Festiwalu Biegów

Bieg Frassatiego zagościł na mapie biegów górskich pierwszy raz i mam nadzieję, że to będzie piękny początek jego wieloletniej tamże bytności. Szczerze jakoś nie ogarnęłam na początku, że to debiut i byłam naprawdę zdumiona, gdy się o tym dowiedziałam, bo widać, że można pierwszy raz zrobić bieg tak dopięty na ostatni guzik bieg. Ale zazwyczaj tak jest, gdy się do swojej roboty podchodzi z pasją i sercem.

Nie znałam wcześniej tych terenów i już sam objazd Jeziora Międzybrodzkiego mnie zachwycił. Naprawdę było urokliwie, niektóre miejscowości cupnięte wśród gór z widocznym iglicami kościołów wyglądały jak z alpejskiej pocztówki. O właśnie, tu dygresja, nie spotkałam się jeszcze z biegiem, któremu przyświecałby pierwiastek religijny. Bł. Pier Giorgio Frassati, pasjonat gór, był tercjarzem dominikańskim, a jednym z patronów imprezy był Gość Niedzielny.

Wystartowaliśmy z Międzybrodzia o godz. 10, ale już było wiadomo, że upał tego dnia da nam się mocno we znaki. Powietrze nagrzane od tygodnia temperaturą ponad 30 stopni Celsjusza nie miało zamiaru dać choćby odrobiny chłodnego oddechu. Na szczęście szybko z asfaltu wskoczyliśmy na w dużej mierze leśny szlak na Nowy Świat (622 m n.p.m.).

Pierwsze podejście na Gaiki (808 m n.p.m) poszło nawet gładko. Potem elegancki, długi, równy zbieg na punkt regeneracyjny na Przełęczy Przegibek pozwolił rozgrzać nogi. Na punkcie woda lała się strumieniami, nie tylko to gardeł, ale i po karkach, można było złapać banana, przepyszne pomarańcze, drożdżówki i Izo i ruszyć w mordercze w taką pogodę podejście pod Magurkę Wilkowicką (909 m n. p. m.), na której na dokładnie 15 km czekał nas drugi punkt z wodą i Izo.

Potem jeszcze trzeba było osiągnąć najwyższe wzniesienie tego biegu – Czupel (933 m n.p.m.), by już wiedzieć, że ostatnie 4 km będą tylko w dół. Trudno było jednak na nich nieco nadrobić czas, bo zbieg był stromy, po luźnych, rozsypanych kamieniach, czyli czymś, czego moje nadwątlone stawy skokowe nie lubią najbardziej. Jeszcze runda honorowa nad rzeczką Ponikiew już w samym Międzybrodziu i meta. W nogach 1120 m przewyższenia i 22 km.

Na samej trasie, terenowo urozmaiconej, może nie było zapierających dech w piersiach widoków, ale w takim upale cień był zbawieniem, a fragmentami eksponowane miejsca na Bielsko-Białą czy Jezioro Żywieckie wystarczająco cieszyły oko. Atmosfera biegu była wspaniała. Strażacy OSP robili świetną robotę dopingując nas i częstując wodą.

W okolicy Magurki trafialiśmy na dzieciaki z akcji „Sprzątamy Beskidy z PTT 2019”, które witały nas z entuzjazmem i rękami wyciągniętymi do przybijania piątek. Liczna obstawa medyczna (9 zespołów!) dawała poczucie bezpieczeństwa. Spora jak na kameralny bieg obsada wolontariuszy dzielnie wskazywała drogę w newralgicznych miejscach, a na punktach regeneracyjnych uśmiechnięta i pomocna dwoiła się i troiła.

Kontakt z organizatorem pierwsza klasa. Przedłużyli nawet o pół godziny pracę biura zawodów, żeby wszyscy, którzy sygnalizowali, że już są tuż tuż, dotarli. Pakiet z fajną graficznie koszulką. Piękny ażurowy medal. Imienne numery startowe.

Miasteczko biegowe i piknik pierwsza klasa, dmuchańce dla dzieci, pierwszorzędne, domowe lody, kiełba z grilla, punkt solidnych porad fizjo i plaża, z której prosto z mety można było buchnąć do wody, to tylko część atrakcji. Bo był oczywiście i wspomniany wyżej Carrantuohill, i pokaz magii.

Za metą dla nikogo nie zabrakło ani ciepłego posiłku (makaron z naprawdę mięsnym, a nie tylko z nazwy, sosem bolońskim – jak u mamy, do wyboru był też wege i tu bardzo duża niespodzianka – należał on się także biorącym udział w biegu dzieciom), ani drożdżówek, ani owoców, ani oczywiście wody i izo.

Z niecierpliwością czekam na zdjęcia, bo obsada fotograficzna była też liczna, a to lansiarski biegacz amator lubi najbardziej - wyszukiwać się potem na zdjęciach! Zaskoczeniem było nawet podium, bo uhonorowano nie tradycyjnie 3 najlepszych biegaczy obu płci, ale pięciu, i to nagrodami pieniężnymi. Chapeaux bas!

Wyniki: TUTAJ

Jedyne, do czego bym się mogła przyczepić, to organizacja biegów dziecięcych, bo tam niestety zabrakło na nią pomysłu i panowało, delikatnie mówiąc, spore zamieszanie, ale naprawdę, jak na pierwszy raz, brak opłat za start i wzorowe ogarnięcie całej pozostałej części imprezy, to z pewnością można wybaczyć. Niektórym dzieciakom udało się nawet otrzymać konkretne nagrody, jak piłka do nogi czy rakietki do badmintona, a każdy dostał buff Hi-Teca.

Jeżeli ktokolwiek myślałby w przyszłym roku o zabraniu swojej rodziny na bieganie – szukajcie terminu Górskiego Biegu Frassatiego 2020!

Magdalena Wilk, Ambasadorka Festiwalu Biegów


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce