Wartość kwantu pocieszenia – Beskidzka 160 Na Raty [RELACJA, ZDJĘCIA]

 

Wartość kwantu pocieszenia – Beskidzka 160 Na Raty [RELACJA, ZDJĘCIA]


Opublikowane w pon., 23/11/2015 - 09:10

Przez chwilę wracam do rzeczywistości. Z medalem na szyi, na miękkich nogach idę do pomieszczenia z grzejnikiem i łapię przydziałowe piwko z ustrońskiego browaru i kilka pączków. Dziękujemy sobie nawzajem za wspólną walkę z tymi, co ukończyli wcześniej i dotarli chwilę później.

Niech się jeszcze inni wypowiedzą, ale biorąc pod uwagę trasę i warunki atmosferyczne, czy to nie był najtrudniejszy ultrabieg do 100 km w Polsce? Stosunek przewyższenia do dystansu niewiele mniejszy od mojej Andory. Wykończył mnie chyba bardziej od Grani Tatr. Mamy jeszcze 6xBabią – nie byłem, więc nie mam porównania. Z taką formą może bym zrobił Tatry w około 15 godzin, zamiast prawie 17?

Zrobiłem to, co chciałem zrobić. Piekło Czantorii jest czarno-białe, jak błoto i śnieg. Warto było przez nie przejść. Każdemu czasem jest potrzebny kwant pocieszenia. Mój ma wartość 63k/5500m+.

Kamil Weinberg

* * *

Dobrze podsumował Beskidzką mój kolega Adam Prończuk – człowiek, który w jednym sezonie ukończył Bieg 7 Szczytów (240k), BUT 260 i ŁUT150:

- Kilka razy było mi dane posmakować Czantorii we wcześniejszych edycjach 160 Na Raty. W pamięci zadanie wyczerpujące, mozolne podejście na 60-tym lub 70-tym kilometrze i tak wymagającej ultratrasy. Gdy zobaczyłem zapowiedź edycji jesiennej „Piekło Czantorii”, obejrzałem profil trasy, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Może dlatego, że zapisałem się na bieg tradycyjnie z sympatii do Marysi i Artura nie zastanawiając się co mnie czeka, bo łatwo nigdy nie było? Może po biegach długich w 2015 wszystko co poniżej setki powinno być jak bułka z masłem?

Bardzo zachowawczo, oszczędnie podszedłem do biegu ruszając na końcu stawki z postanowieniem bezpiecznego pilnowania limitów. Na pierwszym okrążeniu jeszcze nie wydawało się piekielnie na trasie, ale już kończąc drugie okrążenie żałowałem, że nie zdecydowałem się na maraton.

Trzecie wydawało się łatwiejsze dla głowy, już tylko „z górki”, usilnie wmawiając sobie zastosowałem końcowe odliczanie kolejnych nużących, niekończących się podejść i ostrych zbiegów. Dla ciała była to jednak droga przez piekło. Dotarło to do mnie dopiero po biegu i nazajutrz. Energetyczne wycieńczenie, rany na stopach i jakby zapomniany w roztrenowaniu przeszywający ból mięśni. Ponad 5.000 m przewyższenia na 63 kilometrach w deszczu, śniegu, błocie, po kamieniach i liściach musi dać w kość. Na jakiś czas nie chce mi się biegać, nawet chodzić po Czantorii!

Adam Prończuk

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce