Dzięki bieganiu schudł 30 kg, potem został ultrasem w Krynicy


Opublikowane w wt., 12/11/2019 - 08:49

Mateusz Matuzik biegać zaczął, by „walczyć z brzuchem obijającym się o kolana”. Pierwsze 5 km, potem 10 km, półmaraton i w końcu za namową koleżanki przyjechał na Tauron Festiwal Biegowy. – Krynica urzekała mnie obcowaniem z najlepszymi. Przez tą długą prostą, po której obydwu stronach krzyczą kibice na metę wbiegają ludzie z gór, ultrasi po 34, 64 i 100 kilometrach. Patrzyłem, zazdrościłem i chciałem poczuć to samo co oni – opowiada biegacz z Krakowa.

32–letni Mateusz z krakowskiej grupy Night Runners  zgodził się opowiedzieć o jego drodze, by zostać górskim biegaczem ultra. Przeczytajcie:

– Biegać zacząłem w 2013 roku, najpierw dla siebie, żeby walczyć z brzuchem obijającym się o kolana. Z czasem poznawałem uroki imprez biegowych, adrenalinę towarzyszącą startowi, motywację i zastrzyk energii towarzyszący biegowi w morzu ludzi. Do 2015 roku straciłem około 30 kilogramów, zacząłem spoglądać w kierunku półmaratonu, poznawałem kolejnych biegaczy, nawiązywałem biegowe przyjaźnie i zazdrościłem, że oni biegają „dalej” niż ja.

Podczas jednej z rozmów koleżanka będącą ambasadorem Festiwalu Biegowego namówiła mnie do wyjazdu do Krynicy. Otworzyłem stronę Festiwalu, a tam więcej biegów niż sił w nogach… Wcześniej bywałem na różnych imprezach biegowych, ale żadna nie miała tak szerokiej oferty. Właściwie biegi dla każdego od 5 do 100 km rozgrywane przez 3 dni. Niesiony entuzjazmem zapisałem się na Nocną Piątkę w piątkowy wieczór, chwilę później w sobotni poranek gnałem w Życiowej Dziesiątce, a zwieńczyć wszystko miałem półmaratonem w niedzielę. Miałem też plany, żeby w piątek się z nikim nie ścigać, w sobotę powalczyć o życiówkę, bo lekko opadająca trasa temu sprzyja, a w niedzielę rozbiegać… Plany spaliły już w piątek jak niesiony entuzjazmem tłumu zapomniałem o wszystkich założeniach i gnałem, ile sił znalazłem w nogach, w niedzielę ledwo wstałem z łóżka, a półmaraton pozostał jedynie planem…

Już wtedy wiedziałem, że do Krynicy wrócę za rok nie dlatego, że ten półmaraton ranił moją ambicję (chociaż ranił), ale dlatego, że ciągnie mnie jej atmosfera. Każdy z nas zna powszednią Krynicę, powolną uzdrowiskową miejscowość z ludźmi spacerującymi głównym deptakiem, wodami zdrowotnymi i rewią mody kuracjuszy. Krynica Festiwalu Biegowego to inny świat, wspólny dla niej jest tylko deptak, ale to jedno z najpiękniejszych miejsc biegowego świata.

To długa prosta, obwieszona flagami, wypełniona entuzjastycznymi kibicami, to tłum znajomych dopingujących na ostatnich metrach. Weekend Festiwalu to czas, gdy Krynica nabiera innego wymiaru, co kilka metrów spotykasz znajomych, z każdym zamienisz kilka zdań, wszędzie pełno ludzi w opiętych getrach i kolorowych butach. To ta miła chwila, gdy strój biegowy jest oczywisty jak garnitur jak na weselu.

Krynica urzekała mnie również obcowaniem z najlepszymi. Przed pierwszym wyjazdem na Festiwal Biegowym miałem ukończone dwa półmaratony, biegałem dyszki i to powoli, a tu nagle obok mnie przez promenadę przebiegają ultrasi… Przez tą długą prostą, po której obydwu stronach krzyczą kibice na metę wbiegają ludzie z gór, ultrasi po 34, 64 i 100 kilometrach, a ja w dwa dni nabiegałem 15 kilometrów i nie miałem sił na niedzielne 21.

Patrzyłem, zazdrościłem i wiedziałem, że w 2016 roku znowu będę w Krynicy i byłem. Nie zaplanowałem trzech biegów, cel był jeden przebiec po promenadzie wśród kibiców pokazać sobie, że ja też umiem biegać więcej i dalej. Przygotowywałem się do najdłuższego biegu w życiu 34 kilometrów górami z Piwnicznej do Krynicy, między innymi po stromym zboczu stoku narciarskiego w Wierchomli. Rok przepracowałem nieźle, poznałem podstawy biegania w górach, zaliczyłem kilka biegów po około 30 kilometrów, ale miesiąc przed Krynicą skręciłem kostkę i to tak bardzo poważnie.

Do biegania wróciłem kilka dni przed startem, noc przed biegiem właściwie nie spałem, a piękna słoneczna pogoda podpowiadała, że łatwo nie będzie i nie było. Po 17 kilometrach miałem pierwsze skurcze w łydkach, przeplatałem fragmenty biegu z marszem, żeby nogi trochę odpoczywały. Znowu ta promenada, znowu Ci ludzie i wypada biec, a ja mam takie skurcze w łydkach, ale przecież nie pójdę… Zwolniłem, delikatnym truchtem przetoczyłem się przez bramę męty. Wiedziałem, że wiele jeszcze muszę poprawić, więcej trenować, ale byłem szczęśliwy, osiągnąłem cel. Pamiętam jak jedna z koleżanek powiedziała mi na mecie, że na finiszu tak ładnie zwolniłem, żeby dostać więcej oklasków. Odpowiedziałem jej, że miałem takie skurcze w łydkach, że bałem się wstydu jak się wywalę na oczach tego tłumu.

Jasne było, że z Krynicą jeszcze nie skończyłem. W 2017 roku plan był oczywisty wracam do Krynicy na 64 kilometry i wróciłem. Tym razem nie sam, a z rodzicami, potrzebowałem kogoś kto na punktach kontrolnych pomoże z przepakowaniem się, ale przede wszystkim oczekiwałem wsparcia mentalnego. Znowu w Krynicy łamałem przecież kolejną barierę swoich ograniczeń. Tym razem nie z Piwnicznej a z Rytra, nie w południe a już o 6 rano ruszałem w swoją festiwalową przygodę. Byłem zdecydowanie lepiej przygotowany, zmotywowany i miałem cel, chciałem znowu przebiec deptakiem w Krynicy.

Zajęło mi to cały dzień, zimny poranek znowu zamienił się w piękny upalny dzień, a stok w Wierchomli wydawał się dużo łatwiejszy niż rok wcześniej. Biegnąc deptakiem wiedziałem, że się udało, zrobiłem to o czym marzyłem od dwóch lat. Byłem ultrasem, to nie ja patrzyłem na innych, to inni mogli patrzeć na mnie. Znowu co kilka metrów spotykałem znajomych, ktoś poklepał po plecach, pogratulował, na obiedzie w restauracji nikt nie patrzył z pogardą na moje ubłocone łydki.

Do Krynicy wróciłem w 2018 roku, miałem atakować 100 kilometrów, ale zamiast tego pobiegłem 34. Krynicka setka ciągle siedzi mi w głowie i wiem, że chcę tam wrócić, żeby ją ukończyć. Nie umiem powiedzieć co ciągnie mnie do tego dystansu, pewnie i tak następnego dnia wymyślę kolejne wyzwanie, a potem następne i następne. Dzięki bieganiu poznaje granice swojej wytrzymałości, możliwości, osiągam rzeczy z pozoru dla człowieka niemożliwe. W Krynicy lubię to, że ma miejsce dla każdego biegacza, dla tych kochających asfalt, dla górali, dla amatorów i zawodowców, tutaj każdy może znaleźć coś dla siebie.

Nie jestem biegaczem wybitnym, w półmaratonie mam życiówkę w okolicy 1:50, większość biegów kończę w drugiej połowie stawki, ale odnajduję w bieganiu rywalizację z samym sobą i radość ze stawania się lepszym. Posiadanie biegowych znajomych motywuje, bo widzę postęp, ale patrząc na innych widzę, że oni również idą do przodu, a przecież właśnie w Krynicy możemy to obserwować.

Wysłuchał AK


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce