„Kocham Krynicę!” Michał Janus z Iron Runu przeskoczył na Bieg 7 Dolin na 100 km


Opublikowane w wt., 07/01/2020 - 09:46

- Kocham Krynicę, dopóki zdrowie pozwoli, będę tu przyjeżdżał z rodziną. Festiwal to perełka pośród biegów – twierdzi Michał Janus, trzykrotny uczestnik Iron Runa i ubiegłoroczny finiszer Biegu 7 Dolin na 100 km

Skąd pomysł, by wybrać akurat ten dystans? Wcześniej startował pan zwykle w Iron Runie.

Michał Janus: W latach 2016-2018 Iron Run to było około 142 kilometry rozłożone na dziewięć dystansów przez trzy dni Festiwalu Biegowego. Najdłuższym dystansem w tej formule było ultra na 64 km drugiego dnia jako czwarty bieg z rzędu. Ten dystans przebiega po trasie 100 km. I właśnie, biegnąc -  przepraszam – degustując się trasą 64 km widziałem zawodników biegnących 100 km. Miałem z tyłu głowy, że kiedyś odpuszczę Irona i przebiegnę magiczną setkę. Po trzech Ironach z rzędu zdecydowałem we wrześniu 2018 roku, że w 2019 roku stawiam na 100 km. Zrobię sobie wolne od Irona i trochę odpocznę. W końcu to tylko jeden bieg, a nie 9 z rzędu. Wreszcie po ukończonym biegu na 100 km będę mógł w sobotę i niedzielę pozwiedzać Krynicę. Startując w Ironie nie było na to szans, a mam na myśli spokojne zwiedzanie z rodziną, która mnie wspiera podczas tych zmagań, bo to co na trasie każdy z biegaczy zobaczy to inna sprawa.

Jak przebiegały przygotowania do 100 km? Różniły się jakoś od Iron Runa?

Biegam bo mogę, biegam bo lubię. Trenuję regularnie dla dobrego zdrowia, kondycji i dla tych, którzy nie mogą biegać. Biegam dla mojej rodziny, jakby to dziwnie nie brzmiało. Żona się śmieje że biegam za całą rodzinę. Podejmując się wyzwania 100 km postanowiłem jednak urozmaicić treningi wplatając więcej elementów siły biegowej.

Mój dotychczasowy  tygodniowy plan biegowy składał się z pięciu treningów, a  poniedziałek i piątek to dni wolne. Każdy trening to 22 km. We wtorki i czwartki to bieg spokojny – OBW1. Środa: bieg spokojny 4 km, podbiegi 10x300m, bieg spokojny – całość 22 km. Sobota: bieg spokojny 5,5 km, potem 5 km OBW 3 i bieg spokojny. Wisienka na torcie, czyli niedziela: magiczne 1/1*10+2, czyli 1 km OBW1 (pod koniec przygotowań, 1,5 miesiąca przed startem OBW2, dwa tygodnie przed startem wracamy na OBW1) i 1 km OBW3. I tak na przemian do 20 km i ostatnie 2 km spokojne OBW1. Ludzie sobie spacerują, delektują się niedzielą, a ja tyram organizm do granic wytrzymałości na odcinku 1 km na OBW3. Jest to bardzo dobre oczyszczenie organizmu.

Minusem tych treningów było to, że były realizowane na płaskim terenie i po asfalcie, a Krynica to… chyba nie muszę tłumaczyć. Mieszkam w Łodzi i co prawda jest kilka miejsc o których wiedziałem, ale ich nie wykorzystywałem podczas treningów lub bywałem sporadycznie (las Popioły, las Łagiewnicki, górka Widzewska). Zacząłem je częściej wykorzystywać. Super pracę można przeprowadzić w każdym z tych miejsc. Są to tereny leśne, krosowe z dużą liczbą podbiegów i zbiegów. Choć w małym stopniu pomagają mi nadal imitować warunki, które napotkałem i napotkam w Krynicy. Dorzuciłem do tego kijki trekkingow. Setkę biegłem z kijami i bardzo mi pomogły. Wplotłem także skipy A, C, D.

Iron Run to jednak inna konkurencja niż przebiec 100 km jednego dnia?

Opowiem fajną anegdotę. Biegnąc pierwszego Irona, w drugim dniu, podczas biegu 64 km natężając mięsnie czworogłowe, dwugłowe i brzuchate łydek, podczas wspinaczki na Przehybę, gdy krople mojego potu skapywały raz to po jednej stronie daszku czapeczki a raz to po drugiej, minęło mnie dwóch setkowiczów. Mówię do nich: „Brawo panowie podziwiam, biegniecie setkę, szacun dla was”. Setkowicze spojrzeli na mnie zdziwieni, na mój nr i odpowiedzieli – „Powiedział Iron”. Odpowiedź kolegów biegaczy zdziwiła mnie. Dla mnie 100 km wtedy wydawała się „Europą Jowisza”. Iron jest rozłożony na 9 biegów, a setkę trzeba połknąć w całości.

Po kilku kilometrach czułem tą górę całym sobą, a kto biega ten mnie zrozumie), a to dopiero był początek 64 km. Był to mój pierwszy ultra i nie wiedziałem z czym to się je. Biegłem z butelką 0,7 izotonika, która służyła mi później jako bidon, kilkoma żelami energetycznymi, w butach do biegów po asfalcie. Było około 25 stopni Celsjusza i było ciężko. Duży szacunek dla wszystkich setkowiczów i Ironowców. Podchodzę z dużym respektem także do tras tych konkurencji.

Jak przebiegała walka z trasą? Co było trudnego? A co sprawiało łatwość i było przyjemne?

Start o godz. 2 w nocy, rozpocząłem spokojnie. Po pięciu kilometrach wyciągnąłem kijki, które były przytwierdzone do camela. Nie schowałem już ich do końca biegu. Czołówka oświetlała kilka metrów przede mną. Biegliśmy ścieżkami, leśnymi duktami, a nad nami była gwieździsta noc. Słychać było tylko odgłosy kamyków spod butów i oddechy biegaczy napierających do przodu. Po drodze zaliczyłem jeden upadek na 29. kilometrze. Zahaczyłem o konar, poleciałem jak Batman , jeszcze było z górki, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Pojawiła się pierwsza krew i kilka obtarć. Biegnący obok mnie chłopak i dziewczyna pomogli mi wstać i pobiegliśmy dalej. Do Rytra biegłem z czołówką, była całkowita ciemność. Tam był przepak, zabrałem energetyka, żele i batony, zrobiło się widno. Podobna sytuacja była na kolejnych przepakach w Piwnicznej i Wierchomli.

Omówione wcześniej przygotowanie siłowe pozwoliło mi spokojnie pokonać Przehybę i Wierchomlę. Te dwa podbiegi pamiętałem z 64 km i wiedziałem, że trzeba mieć do nich respekt. Nie szarpałem zbytnio z tempem, starałem się rozłożyć siły, by ukończyć bieg. Była to moja pierwsza setka. Nie wiedziałem jak się będzie zachowywał mój organizm po 64 km, bo wcześniej był to najdłuższy dystans jaki przebiegłem jednorazowo.

Jakie to uczucie po tylu godzinach wbiec na metę?

Hmm… Trudno odpowiedzieć, nasuwa się pierwsze na myśl uczucie radości i satysfakcji z ukończonego biegu i myśl, że człowiek może swoje bariery pokonać. Wszystkich chcących doświadczyć tych uczuć zapraszam na bieg na „setkę”.

Moi znajomi chwytają się za głowę i zaraz przeliczają ile to kilometrów od Łodzi leży dana miejscowość, mnożą, liczą itd. Dla mnie 100 km to 10*10 km i tak tę stówkę zrobiłem. Matematyki nie oszukasz. Na zegarku miałem ustawiony sygnał co dziesięć km i tak sobie zerkałem. Było to dla mnie wygodniejsze niż patrzenie na zegarek co kilometr.

To była pan chyba czwarta wizyta w Krynicy. Czym przyciągnął Festiwal?

Na pewno nie ostatnia. Festiwal jest wspaniały. Ludzie, atmosfera, przyroda, szlaki, kamienie, konary, słońce. Walka z samym sobą. Trzeba poczuć te góry, poczuć wiatr, słońce, doświadczyć tego zmęczenia podczas rywalizacji w górach, tego nie ma na żadnym biegu asfaltowym w Polsce. Kocham Krynicę, dopóki zdrowie pozwoli, będę tu przyjeżdżał z rodziną. Festiwal to perełka pośród biegów.

Dziękuję serdecznie wolontariuszom. Jesteście wspaniali. Dziękuję również pani, która opiekuje się nami w namiocie dla Ironowców. Jednym słowem przesympatyczna kobietka. Dziękuję również dziewczynom z Nowego Sącza masującym nasze obolałe mięśnie. Dziękuję mojej żonie, która mówi, że jest tragarzem i nosi moje rzeczy potrzebne do danego biegu, wspiera mnie i motywuje.

Festiwal Biegowy czymś pana zaskoczył?

Każdy jest inny. W 2019 roku zmieniła się formuła Irona, bo 64 km zamieniono na 80 km. Pojawiło się ultra 117 km. Organizację i zabezpieczenie tras oceniam na wysokim poziomie. Ktoś powie te same trasy, ja powiem co roku inna pogoda i inne warunki. Spotykam nowych i „starych znajomych”. Co roku poznaję trasy Festiwalu na nowo, nie można się znudzić.

Wróci pan we wrześniu? Jeśli tak, to z jakiego powodu? I na jaki dystans?

Krynico Zdrój szykuj się, będę z całą rodziną. Kocham Krynicę. Będzie Iron Run i będzie ogień.

AK

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce