Bieg Niepodległości w Rytrze Ambasadora. "Jak świętować to z bosym przytupem”


Dziewiąte miejsce w klasyfikacji „open” – dotąd najwyższa lokata w zawodach jaką osiągnąłem od początku mojej przygody z bieganiem. I to w jakich okolicznościach, czyli podczas 5 Biegu Niepodległości w Rytrze (koło Nowego Sącza)! Jak świętować to „z bosym przytupem”!

Kolejny z biegów już za mną. I tu pojawia się znów „zagwostka”, jak go opisać, aby nie robić tego w sposób schematyczny. Spróbuję, więc tak.

Zacznę od wyniku…

Czas 21:42 min., który osiągnąłem na tej górskiej trasie, prowadzącej w większości po kamienistej leśnej drodze, nie jest „rekordem świata”, lecz daje mi możliwość z optymizmem „patrzeć w przyszłość”. Tym bardziej, iż zważywszy na nawierzchnię trasy oraz moje „wchodzenie” w dystans 5 000 metrów  i skupienie się, w najbliższym czasie, na nim, aby poprawić szybkość, to dopiero, po „5 dla Kościuszki” (przeczytaj relację), mój drugi start na 5 kilometrów (wcześniej były „połówki” i ultra), czyli początek nowego…

… przejdę do miłego zaskoczenia…

… gdy na ok. 200 -300 metrów przed nawrotem na 2,5 km., do mojej głowy dotarło, iż jeszcze z nikim „powracającym” się nie minąłem. Wtedy to pojawiła się myśl, iż nie jest źle, a nawet jest dobrze. Chwile później zacząłem już liczenie zawodników, którzy zmierzali do mety. 1, 2, 3, …, 9, 10. Tuż przede mną kilka osób, ale nie skręcają, lecz biegną dalej (to Ci, którzy mierzą się z dystansem 10 kilometrów). O 180 stopni odbija biegacz, który jest „na moich plecach”…

… przez dygresję…

… zaczynam „zjazd”, który z metra na metr nabiera tempa. Po ok. 500 metrach mijam jedną Panią i jednego Pana. Czyli jeśli dobrze liczę powinienem być 9. Spoglądam na zegarek, „pełna 3” z przodu. Nie robię tego za często, aby przypadkiem nie sugerować umysłowi, że biegnę za szybko. Wsłuchuję się w organizm i staram się utrzymać równy krok. Dostrzegam sylwetkę poprzedzającego mnie zawodnika. Czy uda się go dogonić? Przez większość, drugiej części trasy, musimy biec z podobną prędkością, gdyż ani się nie oddalamy, ani nie zbliżamy do siebie. Do czasu. Próbuję „dociskać”. Dystans trochę się zmniejsza. Albo ja biegnę szybciej, albo On zwalnia. Zostało ok. 1000 metrów. Obraca się i czując „zagrożenie” motywuje się do gnania przed siebie. Obaj lecimy mocno. Ostatni zakręt, krótki zbieg… meta… nic się nie zmieniło… jestem 9!… nie udało się doścignąć poprzednika, ale jestem zadowolony ze startu… za metą wymiana gratulacji, spostrzeżeń z „8” oraz podziękowanie sobie za walkę do końca…

… podwójny skok…

… dodatkowa „atrakcja” na trasie, czyli skok przez… ścięte drzewo… nie takie, które leżało tam od dawna i Organizator o nim zapomniał, lecz „świeżo” powalone i „obrabiane” przez pracujących tego dnia w lesie drwali (sic!)… pod górę dodatkowy wysiłek, w dół „cyrklowanie”, aby nie zahaczyć o okrąglaka…

… dojdę do kwintesencji zawodów…

… którą bez wątpienia była rodzinna atmosfera panująca od pierwszych chwil, począwszy od otwarcia Biura Zawodów, po uroczyste zakończenie zmagań. Ciągły szum, gwar rozmów, „misie”, „piątki” na przywitanie, spotkania ze znajomymi, rodziną, wspólne zdjęcia, gratulacje dla osób i instytucji wspierających bieg oraz przeprowadzoną w ten dzień akcję charytatywną, wiwaty dla zwycięzców, losowanie nagród wśród wszystkich uczestników. Ach, jak przyjemnie bywać wśród ludzi z pasją!

I takiej radości oraz atmosfery, życzę Każdej i Każdemu z Was podczas wszystkich startów!

Karol Trojan, Ambasador Festiwalu Biegów, autor bloga BiegamBo.pl  


Polecamy również:


Podziel się: