"Dla mnie to był maks. Ale sporo można jeszcze urwać". Wnioski Roberta Koraba, rekordzisty GSB bez wsparcia


Opublikowane w pt., 29/11/2019 - 16:45

Dwa miesiące temu Robert Korab poprawił rekord Głównego Szlaku Beskidzkiego w formule self support, czyli bez wsparcia. Sam jeden, bez niczyjej pomocy, przebiegł ponad 500 km (przewyższenie 21,5 tys. m+) z Wołosatego do Ustronia w czasie 134 godzin i 34 minut (5 dni 14:34 h). Poprzedni rekordowy wynik był gorszy o ponad 20 godzin.

Robert Korab bije rekord GSB w formule bez wsparcia!

49-letni rzeszowianin po raz trzeci zmierzył się z GSB. Raz pokonał czerwony szlak bez presji wynikowej, traktując bieg jako rekonesans. Gdy podjął się próby pobicia rekordu, zmogła go kontuzja nogi. Za trzecim razem, w końcu września tego roku, zagrało już wszystko.

Dwa miesiące to czas wystarczający, by przemyśleć i podsumować wyzwanie oraz wyciągnąć wnioski: pobiegłem na 100 procent czy mogłem zrobić więcej, lepiej, szybciej? Ile mogłem zyskać, co mogłem poprawić, na ile byłoby mnie stać optymalnie, jaka jest granica GSB bez wsparcia, ile czasu ktoś mógłby jeszcze urwać z mojego wyniku i w jakich okolicznościach?

O takie właśnie wnioski zapytałem Roberta Koraba pewnego wieczora...

GSB po raz pierwszy – rekonesans (czerwiec 2015)

Podzieliłem GSB na 10 etapów, po ok. 50 km każdy, przebiegłem w 9 dób i 3 godziny. Stawiałem pierwsze kroki na takich wyzwaniach, więc potraktowałem je zachowawczo, ale na pewno nie był to spacerek, raczej mała wyrypka. Po miesiącu zająłem drugie miejsce w Biegu 7 Szczytów na DFBG w Lądku-Zdroju, więc GSB okazał się świetnym treningiem.

GSB po raz drugi – nieudany atak na rekord (sierpień 2017)

Szło całkiem nieźle, ale musiałem zrezygnować 46 km przed końcem Głównego Szlaku Beskidzkiego, w bieszczadzkiej wsi Smerek.

Na początku zwichnąłem stopę, więc włożyłem ją w stabilizator, który najpierw pomógł, ale finalnie wywołał bardzo poważny stan zapalny. Ból był nie do zniesienia! Przede mną były jeszcze Wetlińska i Caryńska, nie było szans skończyć!

Rekord GSB wciąż do złamania

Niby wytłumaczyłem sobie, że to tylko sport, ale w głowie siedziało... Postanowiłem, że się nie poddam i zrealizuję to naprawdę trudne wyzwanie, ale dopiero wtedy, gdy się do niego optymalnie przygotuję i będę na 100 procent gotowy.

GSB po raz trzeci – udało się! Rekord! (22-26 września 2019)

Najpierw przygotowałem się do jednego z najtrudniejszych technicznie biegów w Europie – 100 mil w Andorze. Wypracowałem bardzo dużą bazę, od marca robiłem po 5-6 tys. metrów pionu tygodniowo. Ukończyłem Andorę bez kontuzji, odpocząłem, przebiegłem kolejne trudne zawody: Ultra Granią Tatr i Janosika Legendę.Czułem się bardzo dobrze, szybko regenerowałem i wtedy postanowiłem, że to jest ten moment: robię GSB. Czekałem tylko na 6-7-dniowe okno pogodowe na przełomie września i października. Przygotowanie i pogoda to fundament powodzenia w takiego projektu. Na szczęście mogłem w pracy manewrować urlopem.

Co poprawiłem w stosunku do próby w 2017 r?

Planując tegoroczne wyzwanie byłem mądrzejszy o wiele doświadczeń. Dzięki temu przebiegłem GSB szybciej, niż byłem w stanie zrobić to 2 lata wcześniej, nawet bez kontuzji.

Byłem znacznie lepiej przygotowany fizycznie, mocniejszy na podejściach i zbiegach. Poprawiłem logistykę jedzenia i picia: cały czas miałem przy sobie przynajmniej pół kilo „żarcia”, co zjadłem starałem się uzupełniać, a gdzie się dało spożywałem ciepły posiłek. Z piciem było łatwiej, bo nie było upalnie.

Bardzo dbałem o ciało, smarowałem stopy i pachwiny. Stworzyłem sobie codzienne rytuały, których starałem się nie zaniedbać, działałem niemal jak robot. Pilnowałem snu, starałem się spać tyle ile sobie założyłem. Kilka godzin snu na dobę wydaje się stratą, ale dawało mi odpowiednią regenerację, miałem siły, żeby napierać w kolejne dni.

Jeśli chodzi o głowę, to przede wszystkim miałem plan. Wypracowałem go sobie przez miesiące przemyśleń. Nie biegłem ile się da, jak wyjdzie, tylko wcześniej podzieliłem GSB na etapy i tego się trzymałem. Nie przekraczałem założeń, unikałem hurra optymizmu, nie dopuszczałem działania „czuję się dobrze, to biegnę dalej, więcej”. Jeśli nie dbasz o regenerację, prędzej czy później za to „bekniesz”. Tak jest przynajmniej u mnie.

Co mogłem zrobić lepiej?

Myślę, że bardzo niewiele. To był praktycznie mój „maks”. Może mógłbym spać za każdym razem pół godziny mniej – to by dało 2,5-3 godziny oszczędności. Na posiłkach czasu nie marnowałem, nie było rozsiadania się i odpoczywania. Spinałem poślady i jak najszybciej uciekałem w trasę, żeby nie rozleniwić się, a jak najwcześniej dotrzeć do miejsca przewidzianego na sen.

Wydaje mi się, że mógłbym „urwać” z osiągniętego czasu 3, maksymalnie może 4 godziny. Gdybym chciał spróbować więcej, byłaby to ostra jazda „po bandzie”, taki „ryzyk-fizyk”: trzeciego albo czwartego dnia mógłbym przeszarżować i byłoby „pozamiatane”.

Ile można „wykręcić” na GSB bez wsparcia?

Na pewno ktoś, kto jest na wyższym poziomie sportowym ode mnie, przede wszystkim szybciej biega, a jeszcze jest młodszy (ja mam na karku "50") może zrobić to w krótszym czasie. Ale przy biegu samotnym, bez wsparcia, na dodatek z solidnym plecakiem (mój ważył ok. 8 kg) musi mieć też inne, bardzo ważne cechy: odpowiednie planowanie, trzeźwą głowę, umiejętność przewidywania i myślenia na szlaku, obserwacji, szybkiej reakcji na sytuację. Na wynik składa się nie tylko szybkość i przygotowanie fizyczne.

Ktoś, kto ma to wszystko i jednocześnie jest świetnym biegaczem, może – moim zdaniem – pokonać samotnie Główny Szlak Beskidzki w czasie poniżej 5 dób, czyli 120 godzin. Musiałby na każdym z 6 etapów uszczknąć z mojego wyniku 2,5 godziny.

Ja na sen, higienę, poranne wstawanie, przygotowanie się, ładowanie zegarków itp. traciłem ok. 5-5,5 godziny. Jeśli ktoś biegnie szybciej, urywa z tego w sumie dwie i pół godziny na dobę i... jest poniżej 120 godzin! (śmiech).

Moim celem i marzeniem było złamanie 6 dni. Chciałem być pierwszym, który tego dokona i to zrealizowałem. Teraz pora na kogoś, kto zejdzie poniżej 5 dni. Będę mu kibicował!

Roberta Koraba wysłuchał Piotr Falkowski

zdj. arch. R. Koraba


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce