"Szkoda, że nas tam nie było. Kibicowałem Hawkinsowi". Mariusz Giżyński analizuje maraton na MŚ w Dosze


Opublikowane w pon., 07/10/2019 - 20:47

Lelisa Desisa jest od niedzieli mistrzem świata w maratonie. Etiopczyk wygrał bieg w Dosze w czasie 2:10:40, wyprzedził o 4 zaledwie sekundy rodaka Mosineta Geremewa oraz o 11 Kenijczyka Amosa Kipruto.

Czwarte miejsce zajął brawurowo biegnący na ostatnich kilometrach Brytyjczyk Callum Hawkins (2:10:57).

Harcował Derlys Ayala, gonili Zersenay Tadese i Callum Hawkins, ale to Lelisa Desisa został mistrzem świata w maratonie! [WYNIKI]

I to właśnie najlepszego Europejczyka gorąco dopingował nasz czołowy maratończyk, wicemistrz Polski Mariusz Giżyński, którego (jak zresztą także innych polskich biegaczy na tym dystansie) w stolicy Kataru zabrakło. Giżyński, Marcin Chabowski i Henryk Szost przygotowują się do startu w Igrzyskach Wojskowych 27 października.

– Bardzo kibicowałem Hawkinsowi. Wiadomo: Europa, biały... Można powiedzieć, że się z nim identyfikowałem. Brytyjczyk jest, oczywiście, dużo lepszy ode mnie, bo w tym roku w Londynie uzyskał wynik 2:08:16. To jeden z najlepszych białych, europejskich maratończyków.

Hawkins pobiegł bardzo rozsądnie, choć w pewnym momencie dał się nieco ponieść. Ruszył na 35 kilometrze i ten pościg był, moim zdaniem, zbyt mocny. To się, oczywiście, łatwo teraz tak mówi po biegu, ale on na pewno wierzył, że ich dogoni i zdobędzie medal. Zabrakło mu do brązu 6 sekund! Gdyby nieco lepiej rozłożył siły... Jemu starczyło sił na 5 kilometrów, a gdyby rozłożył swoją szarżę na 7 km, miałby medal „na bank”! Kenijczyk Kipruto nie byłby w stanie odpowiedzieć, bo był już bardzo zmęczony. Ale i tak chwała mu za to, co zrobił!

Hawkins pokazał, że nie powinniśmy się poddawać, że jeśli odpowiednio się przygotujemy, to w trudnych warunkach możemy nawiązać walkę z dużo bardziej predysponowanymi Afrykanami.

To był fantastyczny bieg Brytyjczyka, w czołowej „25” był oprócz niego jeszcze tylko jeden biegacz pochodzący z Europy (Daniel Mateo z Hiszpanii zajął 10 miejsce, a czterej pozostali reprezentanci krajów Starego Kontynentu to naturalizowani Afrykanie - red.).

– Uczestnicy konkurencji ulicznych rywalizowali w ekstremalnie trudnych warunkach atmosferycznych, mimo że - dla obniżenia temperatury powietrza - biegi maratońskie rozpoczynały się o północy.

– Maratończycy mieli dużo lepsze warunki niż biegnące ten dystans panie oraz chodziarze. Nie dość, że było o 4 stopnie chłodniej, co jest już dużą różnicą, to jeszcze wiał wiatr, który rozpędzał wilgotne powietrze. Zrobił świetną robotę, bo stojące wilgotne powietrze - to najgorsze co może być, bo gotujesz się w sobie.

Wszyscy zaczęli spokojnie, początkową „dychę” nawet bardzo ostrożnie. Pierwsza połówka była wolniejsza niż druga. Nawet jak ruszył Ayala z Paragwaju, nie było żadnej reakcji czołowych biegaczy, trzymali spokojne tempo 3:12/km. Było widać, że atak zawodnika z Ameryki Południowej był szalony, całkiem nieprzemyślany.

– A może właśnie nie, może to było celowe i zaplanowane? Miał swoje 5 minut, pokazał się światu, sponsorom, że jest odważny, nie boi się zaatakować... To może przynieść mu wymierne korzyści.

– Może tak być, chociaż ja czegoś takiego nie uznaję. Kto siedzi w maratonie ten wie, że liczy się to co na mecie, a nie takie wariackie szarże. Nie na tym polega maraton.

– Ale takie mamy czasu, Mariuszu...

– Wiem, to prawda. Ale mnie to nie pasuje, mam inne podejście. Mnie interesuje efekt sportowy, a nie pokazówki pod publiczkę. Dla mnie było to słabe.

– No to zostawmy Ayalę i jego szarżę. Wróćmy do rywalizacji na trasie maratonu.

– Etiopczycy, którzy zdobyli złoty i srebrny medal, rozegrali bieg perfekcyjnie taktycznie. Drugą połówkę pokonali nieco szybciej, w trakcie biegu reagowali na to jak się czują, jaka jest pogoda, ile w danym momencie mogą. Pobiegli bardzo dojrzale. W 6-osobowej grupie, która bardzo długo prowadziła bieg, nie kwapili się do prowadzenia, cały czas chowali się za plecami rywali. To zresztą częsta taktyka biegaczy z Etiopii. Bardzo kalkulują, biegają inteligentnie, tak żeby wygrywać. Są niezwykle skuteczni.

– Cenisz taką taktykę czy uważasz, że jest nie do końca uczciwa wobec rywali? Różne są opinie na ten temat...

– Przyznam, że ja sam dzisiaj „wiozłem się” długo na plecach Kamila Jastrzębskiego (rozmawialiśmy po niedzielnym Biegnij Warszawo, które Giżyński wygrał - red.). Kamil prowadził, dobrze wyglądał, biegł mocno, widziałem, że chce to robić, a ja nie czułem się na siłach, żeby wyjść. Ale etyka biegowa jest generalnie taka, żeby jednak wychodzić, zmieniać się na prowadzeniu. Fajnie jak się współpracuje, wtedy każdy może pobiec szybciej. Jest na pewno bardziej sportowo i etycznie.

– Wyniki maratonu kobiet były bardzo słabe, najgorsze w historii mistrzostw świata. A jak oceniasz rezultaty czasowe maratończyków?

– Panie, jak już mówiłem, biegły w znacznie gorszych warunkach atmosferycznych. Porównałem czasy zawodniczek z ich wynikami tegorocznymi lub z jesieni 2018. Okazało się, że w Dosze pobiegły o 15 lub nawet więcej minut wolniej! Najlepiej pod tym względem spisała się piąta na mecie Białorusinka Wołga Mazuronak, jedyna Europejka w czołowej piętnastce. Ona uzyskała czas gorszy o 12 minut, co i tak różnicą jest ogromną.

U chłopaków było pod tym względem lepiej. Stawiałem na różnicę około 10 minut, ale na przykład Zersenay Tadese z Erytrei (6 miejsce - red.) pobiegł wolniej niż wcześniej o 8 minut, a Callum Hawkins o zaledwie 2 i pół minuty, co jest dla mnie wynikiem kosmicznym! Jego rezultat z Dohy 2:10:57 jest - moim zdaniem - bardziej wartościowy niż wiosenne 2:08:16 w Londynie. Doskonale zaadaptował się do katarskich warunków, widać, że bieganie w szopie na bieżni mechanicznej (bo tak robił część treningów) doskonale mu zrobiło. Czwarte miejsce, tylko 6 sekund do brązu, a 17 do złotego medalu - to wielki wynik i jego ogromny sukces!

– I tylko szkoda, że w maratonie na MŚ w Dosze nie było Polaków...

– Szkoda, wielka szkoda. Uważam, że Polska powinna mieć tam przynajmniej jednego reprezentanta, wysłać nawet młodego zawodnika po doświadczenie. Minima mieli czterej zawodnicy, oprócz mnie także Marcin Chabowski, Henryk Szost i Adam Nowicki. Tyle że... Marcin, Heniu i ja mamy za chwilę Igrzyska Wojskowe, bo musimy wypełnić nasze zobowiązania wobec finansującej nas armii. a Adam postawił na maraton we Frankfurcie, gdzie chce powalczyć o minimum olimpijskie.

Szkoda, bo start w Dosze byłby świetną nauką. Na igrzyskach w Tokio warunki będą podobne, może nawet trudniejsze. Widziałem, że kibiców bardzo boli nasza nieobecność na MŚ, dostałem w tej sprawie mnóstwo pytań. Szkolimy się de facto za ich pieniądze i chcieliby oglądać naszą rywalizację z najlepszymi, bo to zawsze wielkie emocje. Bardzo żałuję, że tak to wygląda.

Rozmawiał Piotr Falkowski


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce