Yared Shegumo po Walencji: "Zabrakło kilku sekund, bo wysiadły czwórki. Ale jestem już zdrowy i z Bożą pomocą powalczę o Tokio!"


Opublikowane w śr., 04/12/2019 - 18:49

Niedzielny (1 grudnia) 39 Maratón Valencia przyniósł masę znakomitych wyników. Padły rekord Europy i rekord trasy w maratonie oraz rekord świata na 10 km (w biegu towarzyszącym). Ale dla nas najważniejszy był rezultat zawodnika, który zajął 29 miejsce.

W Walencji padł REKORD ŚWIATA na 10 km! Cheptegei skradł show maratończykom

Yared Shegumo, były wicemistrz Europy (Zurych 2014), uzyskał czas 2:11:39. To najlepszy w tym roku polski wynik w maratonie. Pochodzącemu z Etiopii biegaczowi zabrakło zaledwie 9 sekund do minimum na przyszłoroczne igrzyska olimpijskie w Tokio.

Maratoński REKORD EUROPY w Walencji! Yared Shegumo sekundy igrzysk w Tokio

Gdy tylko mieszkający w Polsce od 20 lat (obywatelstwo od 2003 r.) biegacz wrócił do kraju, porozmawialiśmy o jego starcie w Hiszpanii, zdrowiu i perspektywach na olimpijski paszport.

Piotr Falkowski: Dla nas Twój wynik był sporą niespodzianką. A czy Ty także zaskoczyłeś siebie bardzo udanym biegiem w Walencji?

Yared Shegumo: Spodziewałem się dobrego wyniku. Bardzo mi szkoda tych brakujących 9 sekund, bo stojąc na starcie byłem pewny, że zrobię minimum olimpijskie. I tak biegłem prawie do samego końca, niestety, wszystko przepadło na ostatnich 200 metrach. Wysiadły mi „czwórki”: mięśnie czworogowe w udach przestały reagować, prawie nie mogłem biec. To nie był ból, tylko zupełna niemoc, brak siły w nogach, nie mogłem w ogóle ich ciągnąć do góry.

Na 38 kilometrze pierwszy raz poczułem spięcie, „czwórki” w obu nogach jakby spuchły, zacząłem zwalniać. Ale najgorzej było na końcowych 800 metrach. To był zbieg, a na zbiegu mięśnie czworogłowe najbardziej dostają w kość. Dobił mnie straszliwie, na ostatnich 200 metrach myślałem, że się przewrócę.

Patrzyłeś na zegar na mecie, wiedziałeś, że jesteś na pograniczu upragnionego wskaźnika na Tokio?

Myślałem tylko o tym, żeby w ogóle dobiec do mety! Ale szkoda, że zabrakło tych 9 sekund, bo przez niemal cały bieg wszystko wskazywało, że osiągnę założony wynik.

Mieliśmy bardzo liczną grupę prowadzoną na 2:11:00-2:11:30. Nie wiem dokładnie, ilu nas biegło razem, bo cały czas trzymałem się czoła grupy, ale każdy chciał „złamać” wskaźnik wyznaczony przez Międzynarodową Federację Lekkiej Atletyki. Jednak pacemaker pobiegł za szybko. Zaczął w tempie na 2:09, a na półmetku mieliśmy czas 1:05.

Potem „zając” wreszcie nieco zmniejszył tempo, a po 30 kilometrach zakończył pracę i zszedł. Trzymałem się w grupie jeszcze na 40 km, mimo że zacząłem czuć dolegliwości w udach. Coraz trudniej było mi podnosić nogi. O końcówce już opowiedziałem... Szkoda, bo większość biegaczy z mojej grupy osiągnęła założony wynik.

Yaredzie, świetnie pobiegłeś, a przecież dopiero co walczyłeś z poważną kontuzją, pęknięciem kości krzyżowej. Ile trwała przerwa w treningach i jak potem dochodziłeś do formy?

To był dla mnie bardzo trudny czas. Nic nie robiłem praktycznie od mistrzostw Europy w Berlinie, gdzie doznałem kontuzji w sierpniu 2018 roku do wiosny 2019. Miałem poważne problemy, ale na szczęście bardzo wsparli mnie prywatni sponsorzy, panowie Jan Firla, Aleksy Kasprzyk, Kazimierz Niemczyk i Jacek Podoba oraz Asics i Nutrend. Dzięki pomocy PZLA miałem też dobrych lekarzy i świetną grupę fizjoterapeutów doktora Tomasza Wilińskiego z Centrum Rehabilitacji Sportowej.

W kwietniu zacząłem leciutkie treningi, potem były starty kontrolne na 5 km: dwa bardzo delikatne w sztafetach towarzyszących maratonowi w Łodzi i półmaratonowi w Białymstoku, a w czerwcu nieco mocniejszy w MP w warszawskim Biegu Ursynowa (18 miejsce w czasie 15:30). Jeszcze wtedy nie byłem w stu procentach zdrowy, odczuwałem dyskomfort. Ale po Ursynowie wszedłem już w normalny trening.

Przez jakiś czas ból pojawiał się jeszcze na długich rozbieganiach, ale wreszcie i to ustąpiło. Na początku października podczas Biegnij Warszawo wszystko było już w porządku. Poczułem się gotowy do maratonu.

10 kilometrów w Biegnij Warszawo było generalnym sprawdzianem?

Tak. Pobiegłem poniżej 30 minut, dokładnie 29:58, zająłem drugie miejsce. Czułem, że forma rośnie, ale najważniejsze, że nie było śladu po kontuzji.

Miałeś biec we wrześniu w Berlinie, ale zmieniłeś decyzję i przełożyłeś start na dopiero pierwszy dzień grudnia w Walencji. Dlaczego?

Maraton w Berlinie okazał się jeszcze zbyt wczesny. Nie byłem jeszcze do niego przygotowany, dlatego w porozumieniu z trenerem Januszem Wąsowskim i moim menedżerem Henrykiem Paskalem postanowiliśmy, że wystartuję dopiero w Walencji.

Zawsze lubiłeś przygotowywać się do startu docelowego na rodzinnej ziemi. Teraz też trenowałeś w Etiopii?

Tak, wyjeżdżałem do Etiopii na dwa obozy po mniej więcej półtora miesiąca, z kilkutygodniową przerwą na treningi w Polsce, w okolicach Biegnij Warszawo. Pierwszy obóz był dla mnie bardzo trudny, biegało mi się ciężko, bardzo wolno, miałem problemy z tętnem i oddechem. Natomiast na drugim, w październiku i listopadzie, było już znacznie lepiej. W Walencji wystartowałem tradycyjnie prosto z Etiopii: przyleciałem do Hiszpanii w piątek, a w niedzielę pobiegłem maraton.

Do wypełnienia minimum olimpijskiego zabrakło ci zaledwie 9 sekund. Czy myślisz, że z wynikiem 2:11:39 dostaniesz prawo startu na igrzyskach w Tokio?

Nie ma o czym mówić. Na wiosnę muszę jeszcze raz spróbować osiągnąć wskaźnik 2:11:30. Nie ma co liczyć na miejsce z rankingu światowego, nie chcę czekać i się denerwować. Nie wiadomo, jaki wynik da prawo startu z rankingu.

Dwie drogi do Tokio. IAAF uchwalił system kwalifikacji na igrzyska w 2020 r.

A czy już wiesz, gdzie będziesz szukał wiosną awansu olimpijskiego?

Oczywiście, że nie! Trzy dni temu biegłem w Walencji, dopiero wyszedłem potruchtać, 30-40 minut bez zegarka (śmiech). Ten tydzień będzie bardzo spokojny, porozmawiamy z trenerem Januszem Wąsowskim i w przyszłym tygodniu zaczniemy powoli wracać do treningu. Chętnie bym jeszcze gdzieś wystartował na 10 km, ale już jest zimno! Ja nie lubię się ścigać w niskiej temperaturze (śmiech).

A na wiosnę... w kwietniu w Europie jest bardzo duży wybór mocnych maratonów: Londyn, Rotterdam, Wiedeń, Dusseldorf, Hamburg. Muszę porozmawiać z menedżerem, zobaczymy, gdzie będzie grupa na wspólne nabieganie przynajmniej 2:11. A jeśli będzie forma, to spróbuję szybciej, 2:10, może nawet 2:09.

Pojedziesz do Tokio? Wierzysz w to?

Z Bogiem spróbuję (uśmiech). Przed biegiem trudno coś powiedzieć, ale z pomocą Bożą zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby po raz drugi wystartować w igrzyskach olimpijskich (w 2016 r. w Rio Yared Shegumo, po perturbacjach z podróżą z Etiopii do Rio, zajął 128 miejsce z wynikiem 2:31:54 - red).

Rozmawiał Piotr Falkowski

zdj. arch. Yareda Shegumo


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce