Biegacze wrócili na połoniny! Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki kolorowy i... upalny


Po ponad 2 latach przerwy biegacze wrócili na połoniny i tereny Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Jeszcze nie w dużej liczbie, jeszcze nie na duże połacie i jeszcze nie w, ściśle zawsze związanym z Wetlińską i Caryńską, Biegu Rzeźnika. Ale wszyscy wierzą, że VI Hyundai ultraMaraton Bieszczadzki będzie przełomem i już niedługo także o statuetkę Biegu Rzeźnika ultrasi będą się mogli ścigać na tzw. starej trasie.

Po setkach, a może tysiącach godzin rozmów i negocjacji, nieugięte przez ostatnie prawie 2,5 roku wobec biegaczy władze Bieszczadzkiego Parku Narodowego zgodziły się wpuścić na zarządzany przez siebie teren uczestników jesiennego ultramaratonu. Nałożyły wprawdzie poważne ograniczenie liczbowe, ale Fundacja Biegu Rzeźnika stworzyła w tym celu nową trasę na dystansie 90 km. O godzinie 1 w nocy wystartowało na nią niespełna 100 osób. Do mety dotarło 78 biegaczy, trasa okazała się bowiem piękna, lecz bardzo wymagająca.

– Nie spodziewałem się, że trasa będzie aż tak trudna. 4 tysiące metrów przewyższenia zrobiło swoje – powiedział na mecie Dominik Grządziel, ubiegłoroczny triumfator jesiennego biegu w Bieszczadach na 52 km. Zwycięski zawodnik Attiq Teamu Salming jako jedyny pokonał 90 kilometrów w czasie poniżej 10 godzin, zameldował się na orliku w Cisnej po 9 godzinach, 47 minutach i 10 sekundach. Daniela Gajosa i Rafała Kopela wyprzedził o pół godziny.

– Widokowo nowa trasa jest bardzo ładna. Może tylko początek nudnawy, bo dwanaście kilometrów asfaltu, ale jakoś z Cisnej trzeba do gór dobiec – opowiadał o swoich wrażeniach zwycięzca. – Potem jest już naprawdę fajnie, strome podbiegi i podejścia, ciekawe, bardzo techniczne zbiegi. Podobało mi się! – podsumował.

– Nie mam doświadczeń z Biegu Rzeźnika, nigdy w nim nie startowałem, nawet nie biegałem po bieszczadzkich połoninach – zdradził Dominik Grządziel. – Ale muszę przyznać, że fragment w parku narodowym był na pewno najpiękniejszy z całej trasy. Na szczycie Smereka mieliśmy widok na całe połoniny, z obu stron. Obraz niesamowity, wręcz magiczny! Warunki pogodowe mieliśmy wymarzone, nawet w nocy dzięki bezchmurnemu niebu mogliśmy obserwować nisko zawieszone gwiazdy – zachwycał się zwycięzca dystansu 90 km. – Jeśli trasa Rzeźnika wróci na tereny parkowe, to będzie wielki plus imprezy!

Od 8-9 rano biegaczom towarzyszyła aura iście letnia. W Bieszczadach, jak zresztą chyba w całej Polsce, było słonecznie i bardzo ciepło, temperatura przekraczała 20 stopni C. Niektórym dała się we znaki, bo od biegania w upale zdążyliśmy się już odzwyczaić. Dominik Grządziel znalazł jednak na to sposób. – Biegłem cały dystans w tym samym ubraniu, od startu o godzinie 1 w nocy, w koszulce z krótkim rękawem i bardzo cienkiej bluzie. Szybciutko się rozgrzałem i nie marzłem. Potem było mi wprawdzie ciut za ciepło, ale że do mety zostało już tylko kilkanaście kilometrów, nie traciłem czasu na zdejmowanie bluzy i tak przybiegłem na metę – opowiadał.

9:47 to – zdaniem zwycięzcy – czas spokojnie do poprawienia. – Starałem się biec w miarę mocno, nie oglądałem się na rywali, ale myślę, że mocni zawodnicy pokroju Bartka Gorczycy są w stanie pobiec tutaj znacznie szybciej – uważa Dominik Grządziel.

Przywołany przez niego Bartosz Gorczyca to wielki nieobecny rywalizacji w przekolorowych, jesiennych Bieszczadach. Mieszkający od roku w Krynicy zwycięzca tegorocznego Biegu 7 Dolin-100 km na 9. TAURON Festiwalu Biegowym (obronił tytuł sprzed roku), jak i jego partnerka Ewa Majer, należeli do żelaznych faworytów imprezy, czekaliśmy na piękną rywalizację Ewy z Magdaleną Łączak.

Tymczasem… gdy biegaliśmy po Bieszczadach, Majer i Gorczyca tkwili uwięzieni na Sardynii! Uwięzieni niemal dosłownie. Przez blisko tydzień nie udało im się wydostać z włoskiej wyspy, odciętej od świata z powodu gwałtownych burz i ulew, które zniszczyły drogi dojazdowe do lotniska w Cagliari i spowodowały poważne uszkodzenia w samym porcie lotniczym. Bartek nie mógł więc pościgać się z Dominikiem Grządzielem, Pawłem Dybkiem czy kolegą z Salco Garmin Teamu Robertem Faronem, Ewa – ze znakomitą w tym sezonie Magdą.

Magdalena Łączak zdecydowała się zresztą wystartować na dystansie klasycznym uMB. – 52 km zdecydowanie wystarczą, jestem już mocno zmęczona tym rokiem, bardzo dużo startowałam, a przede mną jeszcze finał sezonu, czyli listopadowa „setka” na kanaryjskiej Lanzarote – tłumaczyła mi w przeddzień biegu, gdy późnym wieczorem dotarła z Mielca do Berezki koło Polańczyka, gdzie kwaterowała z Pawłem Dybkiem.

Mówiła, że mimo braku Ewy Majer nie jest pewna swego, trochę obawiała się Kingi Gomołysek. Niepotrzebnie. Magda jest w tym sezonie bardzo mocna. Wygrała bieg w czasie 5 godzin 8 minut i 15 sekund, wyprzedziła Kingę o blisko pół godziny.

– Trochę się już odkułam za „wtopę” w Krynicy (czterokrotna zwyciężczyni Biegu 7 Dolin 100 km nie ukończyła tegorocznego biegu z powodu urazu na trasie – red.). Miewam ostatnio na zawodach trochę problemów pozasportowych, szwankuje mi żołądek, więc bardzo chciałam nie cierpieć i starałam się biec równo, w miarę spokojnie.

– Nie oglądałam się za siebie, nie interesowałam, co jest za moimi plecami, dopiero na ostatnim punkcie żywieniowym na 38 kilometrze, zapytałam o sytuację i dowiedziałam się, że mam kilkanaście minut przewagi, więc dość bezpiecznie. Mogłam spokojnie tuptać do mety i… zrobiłam to trochę bezmyślnie, bo przegapiłam szansę na rekord trasy (5:03:24 Dominiki Stelmach z 2015 r. – red.)! Uświadomiłam to sobie dopiero kilka kilometrów przed metą. Pocisnęłam wtedy, ale było już za późno, żeby te kilka brakujących minut nadrobić… Przy okazji bardzo dziękuję ludziom biegnącym półultramaraton (26 km – red.), bo bardzo starali się ułatwić mi zadanie, schodzili z drogi, kibicowali.

– UltraMaraton Bieszczadzki to było bardzo fajne bieganie, wszystko ułożyło się idealnie: piękna pogoda, świetni ludzie dookoła, mnóstwo ludzi chodzących po górach z plecakami kibicujących tak żywiołowo, jakby to nie w Polsce było – śmiała się zwyciężczyni 52 km. – Spotkałam m. in. dużą grupę podchodzących na Hyrlatą ludzi w słusznym wieku, dopingowali niesamowicie!

– Startowałam w ultraMaratonie Bieszczadzkim pierwszy raz, trasa podoba mi się obłędnie! Uważam, że jest fajnie, jak jesienne biegi mają połączone odcinki asfaltowe z górskimi. Tym razem warunki pogodowe były wręcz luksusowe. Sucho, przyjemnie, fenomenalne widoki, prawdziwa złota, kolorowa polska jesień… ale wyobraźmy sobie co tu się dzieje jesienią deszczową i błotnistą. Mix różnego podłoża daje wtedy szansę odpoczynku i regeneracji na fragmentach łatwiejszych technicznie.

Zabawne jednak, że o 7 rano, stojąc na linii startu, to właśnie Magdalena Łączak najgłośniej krzyczała do organizatora Mirosława Bienieckiego: „Panie kierowniku, gdzie jest ta pogoda?”. Były wtedy zaledwie 2 stopnie powyżej zera, a samochody, którymi dojeżdżali biegacze, nosiły na szybach ślady szronu. – Okazało się, że ta pogoda była, tyle że schowana na lepsze czasy i trzeba było na nią chwileczkę zaczekać – śmiała się Magda. – Rzeczywiście, ubrałam się na start już docelowo i na pierwszym odcinku straszliwie zmarzłam. Na pierwszym punkcie (12 km) miałam zostawić rękawki i rękawiczki, ale tak zgrabiały mi ręce, że mimo grzejącego słońca biegłam w nich aż do 38 kilometra!

Fundacja Bieg Rzeźnika, która od 2013 roku organizuje ultraMaraton Bieszczadzki, wzięła sobie do serca słowa krytyki za słabą organizację i zaopatrzenie punktów żywieniowych na tegorocznym Festiwalu Biegu Rzeźnika, na przełomie maja i czerwca. Tym razem punkty były – jak się to popularnie mówi – "wypasione", a prawdziwą furorę zrobiło stanowisko w Solince (26 kilometr obu najdłuższych tras), przygotowane i obsługiwane przez ekipę Lasów Państwowych – Nadleśnictwo Cisna. Pod zielonym namiotem było wszystko: zupa pomidorowa, gulasz z dzika, pomarańcze, banany, czekolada, orzeszki, żelki, paluszki, a nawet… ciesząca się sporym powodzeniem wiśniówka!

– Tą ostatnią  nikt mnie nie poczęstował, chyba wyglądam na nieletnią – śmiała się Magdalena Łączak. – Ale byłam pod wielkim wrażeniem zaangażowania wolontariuszy, bo jak wbiegłam, to od razu po imieniu pytali, czego potrzebuję, co podać, czego dolać – mówi z uznaniem.

Magda biega tak szybko, że koło nosa przeszła jej jeszcze jedna atrakcja ultraMaratonu Bieszczadzkiego. Nazywa się ona Roman Huzior i jest muzykiem Filharmonii Śląskiej w Katowicach, także biegaczem i przyjacielem organizatorów imprezy. Od kilku lat sprawia, że drapiący się z ogromnym wysiłkiem na Hyrlatą ultramaratończycy są pewni omamów słuchowych i wzrokowych ze zmęczenia. Oto bowiem po około 400 metrach bardzo stromego podejścia zaczynają... słyszeć muzykę klasyczną i widzą faceta w smokingu, muszce i śnieżnobiałej koszuli grającego... na potężnym kontrabasie! Nie ma biegacza, który nie robi sobie z Romkiem zdjęcia!

 

Magdalena Łączak przegapiła szansę na rekord trasy, Robert Faron – na zwycięstwo w biegu na 52 km. Choć akurat on nie ze swojej winy. – Na Jaśle, niecałe 10 km przed metą, dostałem od kogoś informację, że mam kilkanaście minut straty do prowadzącego Serhija Popowa. Zbyt dużo, by była szansa ją odrobić. W rzeczywistości… byłem za Ukraińcem raptem parę minut i mogłem się pościgać o wygraną. Oczywiście, nie zwalam na nikogo winy na moją porażkę, zwłaszcza, że bardzo cieszę się z drugiego miejsca – zastrzegł od razu biegacz Salco Garmin Teamu, kolega z ekipy nieobecnego Bartosza Gorczycy. Robert Faron finiszował w czasie 4:28:49, 3 minuty za rywalem z Kijowa.

Dodajmy, że najdłuższy dystans wśród kobiet wygrała niezmordowana Maria Domiszewska z Ustrzyk Dolnych (11:52:48), a w biegach krótszych najlepsi byli: Radosław Nowocin i Ewelina Kowalik (PółultraMaraton 26 km) oraz Tomasz Kubiak i Sylwia Bondara (ĆwierćultraMaraton 17 km).

WYNIKI VI HYUNDAI ULTRAMARATONU BIESZCZADZKIEGO

Piotr Falkowski

zdj. Jacek Deneka Ultralovers, Michał Złotowski - photography, autor


Polecamy również:


Podziel się: