Opowieść pirenejskiego muła – Mític Trail w Andorze

 

Opowieść pirenejskiego muła – Mític Trail w Andorze


Opublikowane w czw., 13/07/2017 - 08:55

Ordino, 7 lipca, 22:00. Rozpoczyna się krótka letnia noc, dopiero robi się ciemno. Strzelają sztuczne ognie, z głośników płynie efektowna aria operowa. Wąską uliczkę starego andorskiego miasteczka wypełnia ściśnięty tłum ponad 400 napieraczy, gotowych do okrążenia naokoło maleńkiego pirenejskiego księstwa. Przed nimi do pokonania 112 kilometrów w poziomie i 9700 metrów w górę. Mają na to 46 godzin. Czy to dużo?

Pic de Comapedrosa, 8 lipca, 3:00. Już kilka miesięcy przed biegiem sprawdziłem, że na najwyższy szczyt Andory wejdziemy przy pełni księżyca. Teraz właśnie przebił się przez chmury i razem z naszymi czołówkami próbuje oświetlać diabelnie strome podejście po osypującym się piargu. Prawie 900 m w górę na 3 km.

Po kilkukilometrowej rozbiegówce asfaltem i szlakami w dolinie, wbiliśmy się na pierwsze podejście na ponad 2100 metrów. W pewnej chwili zauważyłem brak numeru startowego. Musiałem źle zapiąć pasek. Miałem farta. Odwróciłem się i usłyszałem, a potem zobaczyłem dziewczynę wołającą moje imię. Susana z Andory odczytała je z leżącego na ścieżce numeru. Serdecznie jej podziękowałem. Później mieliśmy się spotkać jeszcze kilka razy.

Cały prowadzący głównie wąskimi ścieżkami początek był tłoczny. Gdzie się dało, na nielicznych zbiegach próbowałem się przesuwać do przodu. Pierwszy bufet w schronisku ogarnąłem szybciutko, pochłaniając miskę zupy, trochę przekąsek i kilka kubków coli.

Teraz podchodzimy na Jej Wysokość Comapedrosę „drogą japońską”, jak ją nazwaliśmy kilka dni wcześniej z Olgą. Na nią skręcili widziani przez nas wcześniej turyści z Kraju Kwitnącej Wiśni, kiedy podchodziliśmy w kierunku Medecorby, Entravessady i grani Cresta dels Malhiverns. Przyjechaliśmy tu razem, by potrenować przed naszym wielkim październikowym wyzwaniem, które mamy pokonać jako drużyna.

Ale to materiał na inną opowieść, teraz jest tu i teraz, czyli Mític. Może te wspomniane treningi dały jakąś aklimatyzację. A na razie rypiemy po osypujących się piargach, skałach, czasem po śniegu. Stromo jak tylko może być. Nic dziwnego, że ta droga normalnie tak rzadko chodzona, bo po prostu jest parszywa. – Rock! – krzyczę w dół po strąceniu nogą kamienia, by ostrzec tych pode mną. – And roll! – odpowiada jakiś Katalończyk. Obaj wybuchamy śmiechem. Time to rock'n'roll!

W końcu wyłazimy na przełęcz i razem z grupką jego rodaków wspólnie pokonujemy ostatnie metry na pik. Znam parę brzydkich słów po hiszpańsku z czasów gry w piłkę w międzynarodowej drużynie, więc korzystam z nich dla wyrażenia swoich uczuć. Po katalońsku pewnie jest jakoś podobnie, bo mnie kumają. Na szczycie stoi... kobziarz i gra jakąś rzewną melodię.

Czeka nas zbieg „drogą bułgarską”. Tędy schodził Nikoła z Sofii, którego spotkaliśmy tu z Olgą. Teraz właśnie ciśnie Rondę, czyli dystans 170 km. Jeszcze go kilka razy spotkam. Na zbiegu wchodzę w tryb Kiliana Jorneta. Mimo ciemności i osypującego się piargu wyprzedzam kogo się da, czasem na granicy ryzyka. Kilianowanie pewnie będzie mnie kosztować trochę sił, ale gdzie mogę nadrobić, jak nie tu?

Bufet w Refugi Coma Pedrosa. Spotykamy się z zawodnikami Celestrail, więc jest gęsto. Do makaronu z tuńczykiem kolejka, ale jestem głodny. Wciągam michę i wychodzę w ciemność. Teraz pozornie łatwy odcinek, na którym po raz dziesiąty i piętnasty przywalam paluchem lewej stopy w jakieś bajbory. Bluzgi przeszywają nocne powietrze. Mític jak wytrawny kickbokser okopuje to samo miejsce na nodze przeciwnika, aż ten nie będzie w stanie na niej ustać. Ale jeszcze nie zna mojej wytrzymałości na ból.

Zbiegamy na graniczną przełęcz Port de Cabus, gdzie dochodzi asfaltowa droga. Stąd do Coll de la Botella na profilu widać równy, łagodny zbieg. Tyle że w Andorze nie ma czegoś takiego, jak „równo i łagodnie”. Trasa prowadzi pastwiskami, na ogół bez ścieżek, podłożem jak na kartoflisku. I ciągle stromo w dół i w górę. Nic dziwnego, że ten bieg, a raczej wyrypa, na swoich 112 kilosach zbiera prawie dychę do góry. Wszędzie krowie łajno. – Mierda de vaca loca! – nucę pod nosem utworzoną naprędce przeróbkę Ricky'ego Martina.

Rozjaśnia się. Drogę przebiega nam stadko kilkunastu kozic. Po ostatnim podejściu tego piekielnego odcinka wreszcie bufet na Botelli. Znowu kolejka, tym razem do zupy. Zaczepia mnie Michał z Celestraila, zobaczył moją koszulkę z Grani Tatr. Wcześniej spotkał Maćka, mojego łódzkiego kumpla. Obaj skończą swój dystans. Maciek będzie na mnie czekał na mecie w Ordino.

Razem z Michałem wspólnie lecimy kilka w miarę płaskich kilometrów. Płasko na Míticu? Co się stało? Na następnej przełęczy nasze trasy się rozchodzą, a mnie Mític stawia do pionu. Dosłownie. Czas wyrypać na ponad 2400 metrów na Bony de la Pica.

Raz szybciej, raz wolniej, zrywami. Na wierzchołku sadzam tyłek na kilka minut, gawędząc z wolontariuszami spisującymi numery. Kilkoro współzawodników przechodzi dalej. I tak ich niedługo dopadnę na zbiegu.

Zbieg ma być najdłuższy na całej trasie – 7 km na pierwszy przepak w La Marginedzie, położony 1400 m niżej, z jakimiś hopkami po drodze. Początek mega stromy i techniczny, a hopki oczywiście pojawiają się też w miejscach, gdzie ich nie ma na profilu. Kilka łańcuchów na skałach, ale da się zejść nie korzystając z nich. Słońce coraz wyżej, robi się upalnie i duszno, jak przed burzą. Kolana wyją z bólu, hopki dają wytchnienie, i znowu na łeb na szyję w dół. Przeliczam, że w tym tempie zakręcę się koło czasu marzeń, czyli 30 godzin.

Stromo do samego końca, wypadam na szosę i łapię zgona. Jest 10:16 rano, ponad 12 godzin na trasie. Ten diabelski etap na 44 km miał jakieś 4000 m do góry i jeszcze więcej w dół. Jakby porównać, to chyba był trudniejszy, niż podobny odcinek Els 2900, po którym musiałem się wycofać półtora roku temu.

Wchodzę po schodach do ogromnej hali centrum sportowego. To jedna z dwóch na naszym dystansie tzw. baz życia (base de vida), z opieką lekarską i możliwością przespania się. Od razu pochłaniam kawały arbuza, piję hektolitry coli, biorę miskę ryżu z dodatkami i mój przepakowy worek i idę na drugi koniec hali uwalić się na materac. Limit jest do 14:00. Zwątpienie miałem tylko przez chwilę. Wiem że mam czas i wiem że napieram dalej. Już nie na założony wynik, tylko w trybie przetrwania. W trybie muła, inaczej mówiąc. A na razie trzeba po prostu dłuższą chwilę poleżeć, nie myśląc o niczym.

Z Olgą próbowaliśmy się zdzwonić i zesemesować, ale wiadomości po Andorze latają jakimiś okrężnymi drogami i dochodzą z dużym opóźnieniem. Mniej więcej wiedziała, kiedy tu będę. Potem się okaże, że była tu jednocześnie ze mną, ale nie mogła mnie znaleźć w tej wielkiej hali, kiedy leżałem trupem na glebie. Nie powiem, żeby mi to dodało motywacji, ale żadna strona tu nie zawiniła, czasem po prostu tak bywa.

Wychodzimy razem z Alanem, Francuzem spotkanym wcześniej tuż przed bazą. Najpierw krótki zbieg do rzeki, potem już tylko pod górę. Udaje nam się wejść w dobre, równe tempo. Chmurzy się, przechodzą przelotne deszczyki, w oddali straszy burza. Przed nami najdłuższe podejście tego biegu, na prawie 2600 metrów npm – przełęcz Coll Bou Mort. Ścieżka idzie stromo zakosami przez liściasty las, czasem kogoś wyprzedzamy. Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Deszcze są coraz dłuższe, aż w końcu przechodzą w ciągłą ulewę i gradobicie, zacinane silnym, wychładzającym wiatrem. Zakładamy przeciwdeszczowe kurtki.

Na hali wyrasta przed nami kamienny schron. Wolontariusze kierują nas do środka. Jeden mały pokoik już zapchany napieraczami, więc wchodzimy do drugiego. Wszystkie miejsca siedzące na pryczach już zajęte, wchodzą następni zawodnicy, jesteśmy ściśnięci jak śledzie w beczce. Dziewczyna z obsługi mówi coś na przemian po katalońsku i francusku, czasem łaskawie dodając coś po angielsku. Okazuje się, że jesteśmy tu zatrzymani na czas burzy, a czas oczekiwania będzie odliczony od naszych wyników.

W końcu włażę na górną pryczę obok jakiegoś innego biegacza. Za oknem szaleje ulewa i wichura. Wolontariuszka oczekuje na wiadomość, czy bieg ma być w ogóle kontynuowany, czy przerwany. Po ponad godzinie od mojego przyjścia dostajemy wolną rękę. Można napierać dalej albo się wycofać. Większość z nas rusza na ostatni kawałek pod górę do przełęczy. Motywacja do ciśnięcia na czas jeszcze bardziej mi spada, ale ani przez chwilę nie myślę o zejściu z trasy.

Zaraz za przełamaniem szybko zbiegamy do bufetu w schronisku Claror. Siedzę w nim za długo, obżerając się makaronem, serem, wędlinami i owocami. To już 55 km, czyli półmetek. Stąd do Refugi d'Illa teoretycznie łatwo, przynajmniej według profilu. Takie andorskie równo, znaczy góra-dół. Jeszcze jedna fala ulewy, przeciwdeszczowa kurtka i gacie idą w ruch, a potem już tylko słońce, silny wiatr i piękne pirenejskie widoki. Do nowo zbudowanego schroniska z bufetem docieram coraz bardziej zmęczony. W 2015 na Els 2900 był tu tylko niezagospodarowany kamienny schron.

Zmęczenie nieuchronnie przekłada się na czas siedzenia. Tu się spotykamy z zawodnikami z Ronda dels Cims. Jednym z nich jest wspomniany znajomy Nikoła. Wraz z drugim Bułgarem Iwanem mają już prawie 120 kilosów w nogach, a przed sobą jeszcze ponad 50. Wyglądają świeżo. Widać, że spokojnie to skończą. Rozmowa w mieszanym słowiańskim narzeczu wprawia nas w dobry nastrój. Zupełnie niespodziewanie dogoniłem też Ioana, rumuńskiego sąsiada z pola namiotowego w Ordino. Cisnął z ambitnym planem na 24 godziny, ale najwyraźniej trasa go zjadła.

W wieczornym słońcu wraz z Carlosem z Hiszpanii robimy ostatnie podejście tego etapu, wysoko na wierzchołek Collada Pessons, położony ponad 2800 m npm. Zbieg z niego jest techniczny, ale nie tak trudny, jak zapowiadali na odprawie. Obaj dobrze zbiegamy, więc na łagodniejszej dolnej części wyprzedzamy grupkę współzawodników.

Kolejne 5 km to niekończące się górskie pojezierze. Wśród jeziorek, jak na Andorę prawie płasko, ale po wielkich wapiennych głazach. Nie da się tu szybko biec. Koszmarny odcinek. Ale to nieważne, i tak już od dawna napieram w trybie muła. Swoim równym tempem, odpoczywając kiedy trzeba i nie myśląc o nawarstwiającym się zmęczeniu.

Wreszcie lotny pomiar czasu. Z niego już tylko w dół po łąkach i przez las na drugi przepak w Bordes d'Envalira na 77 km trasy i 2000 metrów npm. Znów biegniemy razem ze znajomym Francuzem Alanem. Zapalamy czołówki. Ucieka mi na prostych, ale doganiam go na stromych, technicznych kawałkach. Tuż przed 23:00 dobiegamy do drugiej bazy życia. Za nami już ponad doba napierania.

Alan postanawia się przekomarować w ogrzewanym namiocie. Ja planuję niecałą godzinę odpoczynku z porządnym żarciem przed drugą nocą i zmianą butów i skarpet, które zostawiłem sobie na przepaku. Po dzisiejszych ulewach okazuje się to zbawiennym posunięciem. Znów spotykam Ioana, który tutaj rezygnuje, podobnie jak spotkany kilka godzin wcześniej Czech Zdeňek.

Co ten Mític robi z ludźmi? Mamy kilo czasu, limit się tutaj kończy o szóstej rano, ale nie on jest decydującym czynnikiem. Ta trasa wyciska z nas ostatnie soki. Mnóstwo zawodników najwyraźniej przeceniło swoje siły. Nie spodziewali się, że ta „trochę ponad setka” może być taka ciężka. Wskazywał na to już sam limit 46 h, w porównaniu z 24 h na nieco krótszy Celestrail (83 km/5000 m+). Swoją drogą chyba tylko w Andorze bieg o takich parametrach jak ten ostatni może być uznany za „wzglednie łatwy” – wszędzie indziej byłaby to mega wyrypa.

Ja też się spaliłem na pierwszym, najtrudniejszym etapie, i przypłaciłem to godzinnym zgonem. Ale do pokonania Mítica, jeśli jest się zwykłym przeciętnie wytrenowanym amatorem, potrzeba charakteru muła. Przynajmniej tego mi nie brakuje.

Nie mogę wyruszyć od razu kiedy chcę. Ze względów bezpieczeństwa nikt nie jest wypuszczany w noc pojedynczo. Nie pomaga tłumaczenie, że jestem doświadczony w takich warunkach. Około dziesięciu minut znajduje znalezienie mi towarzysza. Wraz ze współzawodnikiem z Hiszpanii przekraczamy główną, prowadzącą do Francji drogę i wchodzimy w bardzo strome podejście. Po kilkudziesięciu minutach doganiają nas trzej jego rodacy i w piątkę osiągamy pierwsze wzniesienie ostatniego etapu – Pas de les Vaques na około 2600 m. Pod górę byli ode mnie mocniejsi, lecz na zbiegu to ja nadaję tempo. Tylko jeden z Hiszpanów trzyma się w niewielkiej odległości za mną.

Na następny bufet wpadamy całą piątką. Dopada nas zmęczenie, rozleniwienie, senność, wszystko razem. Przeżuwamy, pijemy, nie wiem ile nam tu schodzi, ale pewnie znowu prawie godzina. Znowu spotykam Nikołę i Iwana z Rondy, bo końcowy etap trasy mamy wspólny. Lekko przemarznięci i senni wbijamy się w przedostatnie podejście tego biegu. Nawet nie próbuję gonić szybszych Hiszpanów, tylko człapię krok za krokiem jak pirenejski muł.

To podejście o przewyższeniu 800 metrów zlewa mi się w jakiś dziwny strumień świadomości, czy może nieświadomości. Pamiętam lotny pomiar czasu w jakimś kamiennym schronie, gdzie nie mieli coli do poczęstowania, chociaż czułem, że tylko ona może mnie postawić na nogi. Jak przez mgłę kojarzę wyjątkowo stromy, niekończący się kawałek do przełamania grani, gdzie miałem nadzieję, że to już koniec i nie wierzyłem wysokościomierzowi, który mówił co innego.

Za przełamaniem widzę światełka na przełęczy dobre 250 metrów wyżej. W dole światła Canillo, do których zbiegałem na Els 2900. Przecież już robiłem to podejście. Czy mi się tylko wydaje? Wyciągam aparat i próbuję z ręki uchwycić rozświetlone miasteczko, bardziej dla rozbudzenia się, niż z nadzieją na dobre ujęcie. Czy ja tu byłem, czy dopiero będę? No tak, będziemy jesienią, z tamtej strony co wtedy. Olga, pewnie teraz spokojnie śpisz...

Pode mną napierają jakieś światełka. Czas pocisnąć na tą cholerną przełęcz, bo tu usnę na stojąco. Na SW właśnie się pojawił księżyc w pełni, za granią na NE niebo się rozjaśnia dziennym światłem. Przechodzę obok namiotu zziębniętych wolontariuszy spisujących numery. Na sikorze 2700 metrów npm. Czas na przedostatni zbieg.

Zbiegać, to tak łatwo powiedzieć. Na sam koniec dopieprzyli nam jeden z najciekawszych kawałków. Piarg, osypujące się bajbory, mega stromo. O kilianowaniu nie ma mowy, w tym stanie wykończenia organizmu to walka o to, by się nie wypierglebić. Przynajmniej się człowiek na dobre obudzi. Można już wyłączyć czołówkę.

Schronisko Coms de Jan, przedostatni bufet. Chwilę po mnie dobiega Alan. Dogonił mnie po wyspaniu się. Radzi mi to samo, ale chcę mieć już to wszystko jak najszybciej za sobą. Dłuższy odpoczynek, zaspokojenie jakiegoś dziwnego głodu pomieszanego z sennością. Kawa mi zupełnie nie wchodzi, tylko mi się po niej odbija, ale może trochę rozbudzi. Wychodzimy razem z Alanem, po chwili mi ucieka.

To już ostatnie podejście. Nie mogę szybko cisnąć, bo zaczyna mi się jakaś rewolucja w bebechach. Przed przełeczą Collada Meners wyprzedza mnie Bastian, którego jeszcze raz dziś spotkam. Francuski napieracz ciśnie Rondę – ma w nogach prawie 60 kilosów więcej ode mnie.

Collada Meners. Po lewej Cabaneta. Na oblodzonym zbiegu z niej 31 października 2015 strzeliły mi oba raczki i zejście zmieniło się w walkę o życie. Na prawo Serrera. Tam do mnie dotarło, że do limitu w Sorteny mam pięć kilometrów i pięć minut. Teraz wracamy z Olgą w październiku, by wyrównać rachunki na dużo trudniejszych warunkach... Dalej nie wiem, jak za nią nadążę biegowo. Sam mam być wspinaczkowym ogniwem drużyny.

Zbiegam spokojnie znanym szlakiem w coraz mocniej grzejącym słońcu. Już nic mi nie przeszkodzi tego skończyć. W znanym schronisku Sorteny pierwsze co robię, to lecę do kibla zrzucić balast, a potem wciągam ostatnie przekąski. Tu już setka w nogach. Na zewnątrz czeka Olga!

Wyjechała wyżej samochodem, by wybiec mi naprzeciw szlakiem do schroniska. Widziała moją kropkę na mapie, więc wiedziała kiedy się mnie spodziewać. – Teraz ciśnij, w końcu dzisiaj naprawdę pobiegniesz! – zachęca mnie. Tego mi było trzeba. Szybko zbiegam kamienistym szlakiem wzdłuż potoku. Wpadam na rozstaje, zanim ona dobiegnie tu szutrową serpentyną. Razem lecimy do szosy. Olga wsiada w samochód, a ja biegnę w dół ścieżkami równoległymi do głównej drogi, jak prowadzi trasa biegu. Kilka km przed naszym polem namiotowym ponad Ordino znów się spotykamy. Tylko na tym ostatnim odcinku według regulaminu można legalnie zającować. Zaraz minie południe. To już prawie 38 godzin napierania bez przerwy.

– Ktoś cię goni, chyba nie dasz mu się dopaść! – motywuje mnie Olga. Rzeczywiście jakiś rywal z żółtym numerem Mítica za mną biegnie, i najwyraźniej moja szarża też go zmotywowała. – Teraz tylko mała górka i zaraz w dół, możesz kilianować! Jak jesteś zmęczony to tylko wydłuż krok! – ciągle do mnie krzyczy. A moje tętno szybuje w kosmos, wchodząc chyba w dziesiąty zakres. O bólu mięśni już dawno zapomniałem...

Tak mija pięć według Olgi, czy – okłamała mnie – raczej dziesięć kilosów. Teraz ją nienawidzę, ale potem będę jej wdzięczny za to wariactwo, bo wspomnienia zostaną na całe życie. Wypadamy na asfalt koło naszego kampu. W dół lecimy spokojnie poniżej 5 min./km. Wyprzedzamy jakąś dziewczynę z mojego dystansu, wcześniej widziany współzawodnik ciągle goni, ale jest w bezpiecznej odległości. Tak naprawdę jakie to ma znaczenie, to czyste szaleństwo po 110 km napierania, ale ta gra wciąga.

„She drew a line across the middle of my broken heart and said come on now, let's fix this mess, we could get better because we're not dead yet” – dźwięczy mi w głowie Frank Turner. Wpadamy do Ordino. Ostatnie kilkaset metrów to podbieg. „So I'm taking the high road, my engines running high and fine, may I always see the road rising up to meet me and my enemies defeated in the mirror behind!”.

– Lecisz 4:30, nie mogę za tobą nadążyć! – woła Olga. Znowu kogoś wyprzedzam, choć jest pod górę. To znany mi z ostatniego podejścia Bastian. Choć jesteśmy z różnych dystansów, dla samej zabawy ścigamy się do końca. Zamglonym wzrokiem trudno zauważyć, gdzie dokładnie jest pomiar czasu, ale Bastian chyba wyskakuje przede mnie rozpaczliwym sprintem. Ale to już bez znaczenia, liczy się zabawa do końca. Padam jak długi na zielony dywan na wąskiej uliczce miasteczka, zupełnie jak na mecie jakiejś ulicznej dychy.

* * * * *

Czy to był najtrudniejszy bieg, jaki ukończyłem? Na pewno jeden z najcięższych. Były przynajmniej dwa, które mnie bardziej zniszczyły fizycznie, chociaż tu spędziłem na trasie najdłuższy czas w życiu. Na mecie zmierzyli mi 38:37:00, co po odjęciu 50 minut na przeczekanie burzy da ostateczny wynik 37:47:00. 157. miejsce na 212 finiszerów i 415 uczestników. Mimo pozornie łagodnego limitu 46 godzin, Mítica skończyła tylko nieco ponad połowa startujących.

Przez kłopoty z kolanem aż do miesiąca przed startem bardzo mało biegałem, starając się nadrabiać ogólnorozwojówką. Na pewno nie byłem w optymalnej formie, ale organizm pamięta kilka przebiegniętych setek i jak widać ma sporą tolerancję. Mięśniowo zniosłem bieg bardzo dobrze i już po trzech dniach po bólu nie było śladu, z wyjątkiem obitego palucha lewej stopy.

To nie limit czasu okazał się tu decydujący o odsiewie. Brutalna trudność trasy przerosła dużą ilość zawodników, włącznie ze mną. Zdecydowała chyba tylko psycha. Komu się posypał plan na wynik, a zachował wolę, by napierać do końca, ten skończył. Mam charakter muła. Nie rozkminiam za dużo, tylko patrzę przed siebie i napieram. Tylko dlatego udało mi się skończyć Mític Trail.

KW

Fot. KW, Olga Łyjak

Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce