Pobili rekord Głównego Szlaku Beskidzkiego, ale sporo wycierpieli. „Wszystko jest w głowie”


Opublikowane w sob., 24/10/2015 - 20:49
Czy walcząc z tymi problemami, myśleliście jeszcze o rekordzie, czy już tylko o zakończeniu biegu?

Już w Chyrowej mieliśmy tak duży zapas, że zagrożenia rekordu nie było. Chodziło już tylko o to, żeby się nie zajechać i nie doprowadzić do jakiegoś mega kryzysu, który mógłby nam zniweczyć plany. Staraliśmy się nie powtarzać błędów, bo przecież w ciągu pierwszych dwóch dni spaliśmy tylko 4 godziny z przerwami. Na tym etapie pilnowaliśmy, żeby nie przesadzić, bo rekord mogła nam już zabrać tylko jakaś katastrofa. Trzeba przyznać, że trochę utrudniliśmy sobie zadanie, bo i pora roku nie była najszczęśliwsza i kierunek trudniejszy. Fakty są takie, że idąc na wschód, trzeba pokonać 500 metrów przewyższeń więcej.

Jakie emocje towarzyszyły wam na mecie? Ulga, że to już koniec, czy radość, że się udało?

Jak już wbiegliśmy na kawałek tego bieszczadzkiego asfaltu, to już właściwie mieliśmy świadomość, że to przebiegliśmy. Przybiliśmy piątkę i cieszyliśmy się, że to zrobiliśmy, że nam się udało. Cieszyliśmy się także dlatego, że nie mieliśmy siebie dosyć, że całą drogę fajnie się bawiliśmy i był to dla nas rewelacyjny reset, bez komputerów i mnóstwa spraw do załatwienia. To było naprawdę super! Dopiero potem spojrzeliśmy na zegarki.

Zamierzacie to kiedyś powtórzyć?

I tak i nie. Zamierzamy wrócić na szlak, ale uważam, że już nigdy nie powtórzymy tego, co nam się udało zrobić teraz, w sensie dziewiczego dla nas przejścia, które spotkało się z tak ogromnym zainteresowaniem. Nie obserwowaliśmy na bieżąco tego, co się działo w sieci, ale ludzie nas rozpoznawali na trasie. Spotykaliśmy kogoś na szlaku, a on mówił „chłopaki, już tylko 160 km przed wami”. To było szalone!

Główny Szlak Beskidzki chcemy zrobić jeszcze raz, ale tym razem ze wsparciem i dużo szybciej. Postaramy się zmierzyć z czasem Maćka Więcka (rekordzista trasy ze wsparciem: 114 godzin i 50 minut – red.).

Macie kolejne plany?

Tor des Geants w przyszłym roku. Wracamy na GSB. Z tyłu głowy jest gdzieś PTL, ale tego na pewno nie da się zrobić w jednym sezonie. I to nie względu na organizm, bo tym razem nie odczuliśmy biegu jakoś szczególnie. Mięśniowo wszystko było w porządku, ale przecież rodzina nie może nas oglądać tylko na komputerze. To może być trudne, chociaż mieliśmy naprawdę ogromne wsparcie ze strony rodziny. Nasze żony też biegają, a mój 2-letni syn, patrzył na niebieską kropkę na ekranie i wydawał komendy „w prawo, prosto, szybko” i też nas dopingował.

Mamy jeszcze dużo planów. Znaleźliśmy nowe szlaki do zrobienia np. niebieski szlak z początkiem lub końcem w Rzeszowie.

Powodzenia zatem!

Rozmawiała Ilona Berezowska

fot. Łukasz Buszka

Polecamy również:


Podziel się: