"Wciąż nie rozumiem, czego dokonałam". Magda Łączak, triumfatorka Transgrancanarii


Opublikowane w pon., 26/02/2018 - 16:10

Magdalena Łączak, 4-krotna zwyciężczyni Biegu 7 Dolin 100 km na Festiwalu Biegowym w Krynicy, dokonała w ostatni weekend historycznego wyczynu. Jako pierwszy Polak wygrała bieg należący do prestiżowego cyklu UTWT (Ultra-Trail World Tour).

Magda zdominowała główny bieg Transgrancanarii na 128 km (7500 m+), wyprzedzając znakomitą Andreę Huser ze Szwajcarii o blisko 40 minut!

Z Magdaleną Łączak porozmawialiśmy dobę po wielkim sukcesie. Przez ponad półtorej godziny, mimo późnej nocy, uszczęśliwiona, wciąż podekscytowana Magda opowiadała nam o swoim wyczynie...

– Magdo, czy mogę jeszcze mówić do Ciebie po imieniu, czy mam się zwracać per „Mistrzyni” bądź „Campeona”?

– Nie żartuj sobie nawet, poczułabym się urażona (śmiech). Gdybyście wy wszyscy, dziennikarze oraz przede wszystkim biegacze i kibice, nie powtarzali mi tego przez całą niedzielę, to ja bym tego nie dostrzegła. Ciągle jeszcze nie ogarniam tego sukcesu, nie umiem nadać mu takiej wagi jak wy…

– Odzew z kraju był ogromny, dostałam mnóstwo wiadomości i aż mi głupio, że nie zdążyłam odpisać. Ludzie, najczęściej nieznajomi, mówią, jak ich to inspiruje, ktoś trzy razy (przepraszając, że się powtarza) napisał, że niesamowicie się wzruszył oglądając filmik z moim finiszem. A ja się wzruszyłam czytając takie słowa… Coś niesamowitego!

– Ale co Cię tak dziwi? Twój wyczyn to największy sukces w historii polskiego trailu, żaden Polak nie wygrał jeszcze biegu w cyklu Ultra-Trail World Tour! Na miejscu też wzbudziłaś sensację swoim triumfem?

– Tak, było ogromne zamieszanie, jedna z lokalnych gazet napisała, że nikomu nieznana dziewczyna z Polski przyjechała i pokonała faworytki. Hiszpanie są bardzo fajni, nie robią tragedii, że ich zawodniczki przegrały, tylko cieszą się, że coś się dzieje, że zwyciężył ktoś nowy. Jeden z dziennikarzy powiedział mi: „Zobaczysz, jak za rok przyjedziesz to już wszyscy będą Cię znali i się Ciebie bali” (śmiech). Na trasie też bardzo mi kibicowali jak prowadziłam.

– Portal trailrun.es napisał, że zdominowałaś bieg kobiet, wygrałaś w sposób wręcz „tyraniczny” („Venció de forma tiránica en categoría femenina”). Opowiedz w takim razie jak doszło do tego sensacyjnego triumfu Polki w Transgrancanaria.

– Zacznijmy od tego, że jeszcze 2 tygodnie temu wahałam się, czy w ogóle jechać na Kanary. Nie czułam się specjalnie przygotowana, a na dodatek przeciążyłam kolano. Któregoś dnia, jak wróciłam z treningu, poczułam, że spuchło i zesztywniało. Nazajutrz nie mogłam wstać z łóżka. Pierwsza myśl – rezygnuję z wyjazdu i startu w Transgrancanarii. Na szczęście mam przytomną, bardziej ode mnie ogarniętą młodszą siostrę (śmiech). Gdy tylko nie pojawiłam się w pracy, od razu przyjechała i zarządziła: „Coś musisz z tym zrobić, masz kontakt z najlepszymi rehabilitantami, więc natychmiast napraw to kolano!”

– Do wyjazdu na Kanary były 4 dni. Zebrała się „rada mędrców”, którzy zaaplikowali mi masaże, jakieś igły, 4 godziny zabiegów dziennie i… noga na powrót zadziałała. Po przylocie zaczęłam biegać i wszystko było już w porządku.

– W Transgrancanarii wystartowałam pierwszy raz, choć chciałam już dawno. Ciągle tylko brakowało mi czasu, zawsze miałam w tym okresie dużo pracy zawodowej (Magda prowadzi firmę świadczącą usługi w zakresie BHP, ochrony przeciwpożarowej i ochrony środowiska – red.). W tym roku postanowiłam, że wreszcie muszę! Polecieliśmy na Wyspy Kanaryjskie z Pawłem (Paweł Dybek, także znakomity biegacz górski i życiowy partner Magdy) tydzień przed zawodami, żeby dobrze zaaklimatyzować się w słońcu i wyższych temperaturach, a także troszkę pobiegać w bardziej stromych górach. Na miejscu odżyłam. Za każdym razem jak tam jestem zastanawiam się, co te wyspy mają w sobie, że czuję się tak doskonale, lepsza, szczęśliwsza niż gdziekolwiek…

– Czyli mogłaś spodziewać się świetnego występu w Transgrancanarii?

– A gdzie tam! Jak przejrzałam listę startową to marzyłam o miejscu w pierwszej dziesiątce na mecie. Caroline Chaverot, numer 1 w biegach ultra, Andrea Huser, legenda biegów górskich, Emilie Lecomte, Jekaterina Mitjajewa, Fernanda Maciel… Lista pękała w szwach od takich nazwisk, że siedziałam cicho i nie robiłam specjalnego zamieszania wokół mojego startu.

– A jednak to Ty wygrałaś i to prowadząc bieg niemal od samego startu!

– Moim celem było ukończenie biegu. 128 kilometrów to najdłuższy dystans, z jakim do tej pory się mierzyłam. Zwykle biegam do setki, chyba tylko trzy razy nieznacznie ją przekroczyłam, dwukrotnie na Ultra Mallorca i w 2012 roku na UTMB, które wtedy rozegrano na skróconej, 105-kilometrowej trasie. Nie wiedziałam więc jak zachowa się mój organizm na ostatniej „dwudziestce”.

– Zaczęłam zatem niezbyt ostro, najpierw kilka kilometrów po plaży, potem był pierwszy asfaltowy podbieg. I na nim spotkałam Caroline Chaverot. Wyprzedziła mnie, jednak mocno zdyszana, jakby już zmęczona. Pobiegłam za nią, ale miałam wrażenie, że nie biegniemy szybko, że muszę zwalniać, aby jej nie wyprzedzić. W końcu jednak to zrobiłam, ale gdy na pierwszym punkcie, na 16 km, ktoś krzyknął do mnie „Primera!”, myślałam, że źle go zrozumiałam. Ja? Pierwsza? Niemożliwe! Zresztą, nieważne, biegnę swoje – pomyślałam.

– Biegło mi się lekko, swobodnie, miałam mnóstwo siły, dużo rozmawiałam z biegaczami, bo Hiszpanie uwielbiają gadać na trasie. Na 45 kilometrze był ponoć jakiś  trudny zbieg (tak wszyscy mówili), ale ja nawet tego nie zauważyłam. Jak nie gadałam z Hiszpanami to słuchałam muzyki. Nigdy dotąd nie biegałam z muzyką, tym razem zrobiłam eksperyment. Wyobraź sobie, że przez cały bieg przesłuchałam JEDEN album, Vintage Reggae Cafe. Ta składanka tak mi podeszła, że non stop leciała tylko ta jedna, z 15 razy od początku do końca. I nie znudziła mi się, więc nie usunę jej z odtwarzacza (śmiech).

– Jedyny kryzys miałam po 50 kilometrach. Ale nie fizyczny, tylko mentalny, bo „świrowała” moja czołówka. Nagle latarka zaczęła przygasać, a mnie w głowie szalała burza myśli: jak jej teraz używać, żeby nie padła całkowicie? Trochę mnie to wybiło z rytmu, zestresowało. Kiedy jednak po jakimś czasie okazało się, że mimo tych problemów żadna z rywalek się do mnie nie zbliżyła i wciąż mam około 20 minut przewagi – komfort biegu wrócił. Znów byłam sobą.

– Po 65-70 kilometrach zaczęły się wyższe góry, było chłodniej, ale na szczęście nie padało, tak jak dobę wcześniej, gdy z powodu ulewy organizatorzy o dzień przesunęli start maratonu. Na podejściach darłam do góry, wciąż miałam mnóstwo sił, a ta świadomość jeszcze dodawała mi energii.

– Kilometry leciały, w okolicy przedostatniego punktu na 110 kilometrze jakiś chłopek-roztropek siedział i grał swoją wersję „Despacito”. Taką byłabym chyba w stanie zaakceptować (śmiech). A obsługa punktu poganiała mnie, żebym pędziła, bo przecież byłam „primera”!

– Wreszcie ostatni zbieg do mety, zrobiło mi się gorąco, bo grzało wczesnopopołudniowe słońce. Wbieg do miasta – i znowu, jak na starcie w Las Palmas, tłumy ludzi krzyczących, wspierających, zagrzewających do walki. To było przecudowne! Ktoś z licznie tam obecnych Polaków, którzy po swoich biegach przyszli kibicować, podał mi biało-czerwoną flagę. Wbiegłam na metę, przeszczęśliwa, ale jeszcze nieświadoma, co zrobiłam. Dopiero w niedzielę podczas dekoracji, gdy zobaczyłam, jak przejęci ceremonią są Hiszpanie, a mnie usadzono w fotelu dla "PRIMERA", coś zaczęło do mnie docierać. „Chryste, miałaś nie startować, a… wygrałaś!” – myślałam. Ale wciąż jeszcze nie do końca to dotarło…

– Piękna opowieść, słuchałem Twojej relacji z zapartym tchem. Okiełznałaś więc dystans 120 km+ biegnąc go w znakomitej formie… Czy to oznacza, że teraz będziesz wydłużać swoje biegi i że w cyklu Ultra-Trail World Tour będziemy oglądali Cię częściej?

– Nie mam zielonego pojęcia, nie mam na razie w ogóle żadnego planu. Muszę ochłonąć z emocji, przemyślę to na spokojnie po powrocie do domu w Mielcu, ale nie wcześniej jak za jakieś 2 tygodnie, bo muszę zająć się pracą zawodową. Ludzie z UTWT już pytali, gdzie bym chciała wystartować, zahaczył mnie też jakiś człowiek z UTMB, że obserwują mnie od jakiegoś czasu i może bym do Chamonix przyjechała, ale… muszę się zdystansować, pomyśleć na chłodno. Dajcie mi trochę czasu, proszę.

– Rozmawiamy cały czas o Tobie, to zrozumiałe, bo wygrana w Transgrancanarii to historyczny wynik. Ale przecież w tym samym biegu świetnie spisał się Twój partner, Paweł Dybek.

– Jestem pod wielkim wrażeniem. Wiedziałam, że Paweł jest w formie, ale on też, tak jak ja, bał się tego biegu. Pobiegł świetnie taktycznie, zaczął bardzo spokojnie, od 30 miejsca, a potem cały czas systematycznie przesuwał się do przodu. Biegł w komforcie, miał „power”, dużo siły. I zajął świetne 9 miejsce!

– Czy na tak świetną formę, jaką zaprezentowałaś na Wyspach Kanaryjskich, ma może wpływ jakaś zmiana w treningu? Coś tej zimy zmodyfikowałaś, wprowadziłaś jakieś nowości, które dały Ci takiego „kopa”?

– Nowością tej zimy jest… powrót do historii. Znów, jak kiedyś, trenowaliśmy z Pawłem dużo na biegówkach. Narty to świetny sport uzupełniający, bieganie „łyżwą” niesamowicie poprawia wydolność, rozwija mięśnie brzucha i kręgosłupa. W najbliższy piątek mamy zaplanowany start w 30-kilometrowym Biegu Piastów, do którego zgłosiliśmy się już dawno, jeszcze nie myśląc o Transgrancanarii. Teraz ja bym go raczej odpuściła, ale Paweł jest bardziej wyluzowany i mówi: „Co tam, jedziemy do Jakuszyc”. Więc pewnie pojedziemy…(uśmiech).

– Magdo, na koniec pytanie z całkiem innej beczki. Na Wyspy Kanaryjskie polecieliście i pobyt opłaciliście z własnych, prywatnych pieniędzy. Kilka dni temu sporym rozgłosem odbiła się wiadomość, że Marcin Świerc, Wasz niedawny kolega z ekipy Salomon Suunto Poland, został członkiem międzynarodowego BUFF Pro Teamu, co wiąże się i z pieniędzmi, i dużą pomocą logistyczną oraz promocyjną. Nie marzy się i Tobie podobna zmiana warunków uprawiania sportu?

– Nie. Zupełnie. Marcin już dawno chciał pójść w kierunku całkowicie profesjonalnego uprawiania biegów i fajnie, że mu się to tak dobrze udaje. Ja nie chcę być zawodowcem, boję się, że pozbawiłoby to moje bieganie dużej części radości i spontaniczności, zabrałoby mi mnóstwo frajdy. Sport zawodowy jest brutalny, jak masz wyniki jest super, jak się kończą stajesz się niepotrzebny. Dobitnie pokazały to ostatnie zimowe igrzyska w Pjongczangu, te komentarze, że sportowcy pojechali sobie do Korei na wycieczkę za państwowe pieniądze, ta krytyka Justyny Kowalczyk, że „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść”.

– Na Transgrancanarii spotkałam wielką postać biegów górskich (przemilczę nazwisko), która nie odnosi ostatnio sukcesów. I już widzę, że nagle nie nosi markowych ciuchów, nie ma naszywek ze sponsorami… Nie rozumiem tego i nie chcę poświęcić się sportowi zawodowo. Sport jest moją pasją, kocham bieganie – i niech tak zostanie.

– ​Ja bardzo sobie cenię bycie w ekipie Salomon Suunto Polska  i współpracę z firmami, które mnie wspierają, bo są ze mną zawsze, w każdej sytuacji na dobre i na złe. Nawet jeśli przeżywam trudne chwile czy mam jakieś problemy zdrowotne, nikt nigdy nie naciska na mnie, żebym startowała, bo logo sponsora musi się pojawić. Mam wolną rękę i sama decyduję. Bardzo sobie cenię i szanuję taki komfort.

– Magdo, raz jeszcze ogromne gratulacje…

– Poczekaj, na koniec to ja chcę złożyć gratulacje! Wszystkim Polakom, którzy licznie przyjechali na Wyspy Kanaryjskie, żeby wystartować w którymś z biegów Transgrancanarii. Oni są takimi samymi zwycięzcami i bohaterami jak ja. I Martyna Kantor czy Katarzyna Stolorz, które stanęły na podium, i każdy kto ukończył swój trudny bieg. Wielu zmierzyło się z najdłuższym dystansem w życiu i należą się im wielkie słowa uznania. W niedzielę wieczorem mieliśmy tu „polskie” spotkanie i wszystkich fetowaliśmy tak samo, gratulowaliśmy sobie nawzajem.

rozmawiał Piotr Falkowski

zdj. mat. pras., Patrycja Łączak, Alberto Cardona, Prozis Endurance


Polecamy również:


Podziel się: